Tag: niemowlę

Dieta matki karmiącej

Jednym z dylematów, z jakim spotykają się młode mamy karmiące swojego potomka piersią jest osławiona już dieta matki karmiącej. Już podczas ciąży słyszymy od rodziny /krewnych /przyjaciół /znajomych / a nawet od lekarzy pediatrów, że przy karmieniu piersią obowiązuje nas ścisła dieta. Musimy uważać na alergeny (a trochę ich jest: nabiał, pomidory, cytrusy, czekolada, orzechy, truskawki to tylko część z nich), wyeliminować potrawy smażone, mocno doprawione (zwłaszcza ostre), fast foody i napoje gazowane w żadnym wypadku nie wchodzą w grę; część warzyw i owoców też znajduje się na czarnej liście: brokuły, czosnek, cebula, fasola, kalafior. Co więcej, niektórzy na początku naszej przygody z karmieniem odradzają również spożywanie surowych warzyw i owoców (sic!). Sama doświadczyłam tego, że neonatolodzy z dwóch niezależnych szpitali kazali zastosować rygorystyczną dietę: owoce i warzywa tylko po obróbce – oczywiście tylko polskie sezonowe – żadnych wzdymających, nic smażonego, nabiał w minimalnych ilościach, wstrzymanie się z alergenami. Pierwsze dwa miesiące życia Juniora funkcjonowałam na przysłowiowym kurczaku na parze, ryżu oraz marchewce w różnej postaci :), a z owoców tylko na jabłkach na parze. Na szczęście później trafiłam na sympatyczną pielęgniarkę z bardziej współczesną wiedzą oraz na kilka artykułów w Internecie, dzięki czemu w końcu mogłam smacznie zjeść i cieszyć się z karmienia Juniora swoim mlekiem! 🙂

Najważniejsze, co musimy zapamiętać w tym temacie to fakt, że NIE MA DIETY MATKI KARMIĄCEJ! Mleko matki powstaje nie z treści żołądkowej, a z krwi >>jak powstaje mleko?<<, dlatego też to, co kobieta zje (nie licząc alergenów, ale to trochę inna historia), nie ma bezpośredniego wpływu na bóle brzuszka czy kolki lub wzdęcia u dziecka. Dieta matki karmiącej powinna być taka sama, jak każdego dbającego o zdrowie człowieka: czyli urozmaicona, bogata w witaminy i składniki mineralne, racjonalna i zdrowa.

* Owoce i warzywa jak najbardziej powinny znaleźć się w naszej diecie. Są one niezastąpionym źródłem cennych witamin oraz błonnika, a przecież lepiej je przyjmować w postaci naturalnej, a nie za pomocą suplementacji tabletkami, prawda? 🙂 Zawsze najlepiej wybierać nasze polskie owoce i warzywa (oraz te sezonowe). Jeśli chodzi o alergeny (m.in. pomidory, cytrusy, truskawki) najlepszą metodą jest racjonalne ich spożywanie i obserwacja swojego Juniora – jeśli tylko zauważymy zmiany skórne lub dolegliwości żołądkowe mogące świadczyć o alergii, wtedy możemy czasowo wyeliminować dany produkt i za jakiś czas ponowić próbę.

* wzdymające warzywa i przyprawy, napoje gazowane – mogą doprowadzić do wzdęć i dyskomfortu, ale wyłącznie matkę karmiącą, a nie dziecko. Brokuły czy kapusta zadziałają tylko na nasz układ pokarmowy, a nie malucha. „Wzdęcie to zjawisko powstające w jelitach mamy, pod wpływem fermentujących niestrawionych frakcji błonnika pokarmowego. Efekt wzdymający dotyczy więc jelit matki i nie ma żadnego powodu, żeby przedostał się do krwiobiegu a później do mleka. Podobnie jak nie mogą się tam przedostać bąbelki powietrza z gazowanej” (źródło).

* potrawy smażone nie są wskazane nie tylko dla matki karmiącej, ale dla każdego z nas ze względu na utratę przy smażeniu wielu cennych minerałów i witamin oraz dużą zawartość tłuszczu i szkodliwych substancji mogących skutkować dolegliwościami układu sercowo-naczyniowego. (źródło) Oczywiście tutaj (jak we wszystkim) potrzebny jest umiar – w końcu od jednorazowej porcji schabowego lub frytek nie dostaniemy miażdżycy 🙂

*mleko i nabiał są jak najbardziej potrzebne dla kobiety karmiącej ze względu na zawartość wapnia oraz witaminy D3. Wyeliminowanie go i brak suplementacji podczas karmienia może skutkować niedoborem witamin i minerałów u matki, co oznaczać może w przyszłości problemy z osteoporozą, zębami i kośćmi. W końcu nasz organizm musi się dzielić wszelkimi dobrami z Maluchem. Zatem jeżeli jakichkolwiek mikro i makroelementów, witamin czy minerałów nie dostarczymy sobie w pożywieniu lub suplementacją – ta znikoma ilość, którą gromadzimy w swojej krwi – przedostanie się do mleka dla dziecka. A u nas wystąpi niedobór mogący mieć poważne konsekwencje.

* alergeny – czyli między innymi kakao, pomidory, mleko, jaja, cytrusy,truskawki, soja, orzechy i wiele, wiele innych. Zgodnie ze współczesną wiedzą na ten temat, nie ma potrzeby eliminowania „na wszelki wypadek” potencjalnie alergizujących potraw (źródło). Odstawienie uczulających produktów ma sens wyłącznie wtedy, kiedy mama karmiąca sama ma alergię na dany pokarm lub gdy wystąpi wyraźna reakcja związana z alergią lub nietolerancją (objawy zarówno ze strony układu immunologicznego, tj. wysypka, sucha skóra; jak i układu pokarmowego, czyli biegunki, bolący brzuszek). (Tutaj pozwolę sobie na osobistą uwagę – jeżeli nasze Maleństwo ma problemy brzuszkowe: ulewania, kolki, gazy lub niepokojące wypróżnienia – które to objawy skonsultujecie z pediatrą, to w wielu przypadkach otrzymacie zalecenie, by odstawić mleko i inne produkty zawierające laktozę. Niestety to ostatnio na wyrost stawiana diagnoza, często również bez większego poparcia w badaniach, a jedynie na podstawie – niejednokrotnie okrojonego – wywiadu. Czy warto się do tych zaleceń eliminacyjnych dostosować, a może skonsultować z innym lekarzem lub podać na własną rękę laktazę – tutaj decyzja musi już być podjęta we własnym zakresie – ja póki co jestem na diecie bezmlecznej – tam, gdzie to możliwe mleko zostało wyeliminowane – da się żyć, co więcej nawet zjeść smacznie :)) Ja osobiście produkty alergizujące wprowadzałam w swojej diecie po kolei i stopniowo (z kilkudniową przerwą), by w razie wystąpienia jakichkolwiek niepokojących objawów móc stwierdzić, co jest tego przyczyną.

To, o czym musimy pamiętać i czego unikać podczas karmienia piersią lub karmienia piersią inaczej (o kpi pisałam tutaj) to na pewno:

  • wszelkie używki, czyli papierosy, alkohol i narkotyki – substancje w nich zawarte jak najbardziej przechodzą do krwi, a potem do pokarmu. Czyli dziecko wraz z mlekiem niestety również to, co złe otrzyma. Co do picia alkoholu opinie są różne i niektórzy twierdzą, że niewielką ilość można. Ja jednak stanowczo mówię „NIE” każdej ilości procentów.
  • kofeina – jej nie musimy odstawiać całkowicie, natomiast ograniczyć jej spożywanie. Jedna czy dwie słabe filiżanki kawy z mlekiem nie powinny zaszkodzić. Natomiast pamiętajmy, że kofeina zawarta jest także w herbacie, czekoladzie oraz czy napojach energetycznych, których też powinniśmy unikać.
  • żywność wysoko przetworzona czyli wszystko to, co posiada bardzo bogaty skład, mnóstwo ulepszaczy, konserwantów i sztucznych barwników (zupki chińskie, napoje energetyczne, gotowe dania do mikrofalówki). To zarówno nam, jak i maluchowi nie wyjdzie na zdrowie.
  • fast foody – okazjonalnie zjedzenie czegoś  w budki na mieście czy z McDonalda nie zaszkodzi. Aczkolwiek jedzenie to nie posiada wielu wartości odżywczych, a co najwyżej puste kalorie, mnóstwo tłuszczu, a i świeżość jest czasem wątpliwa. Więc czy warto?

Konkludując ten wpis, najważniejsze, o czym powinniśmy pamiętać to fakt, że nie ma diety matki karmiącej – we wszystkim powinniśmy zachować umiar oraz przede wszystkim obserwować siebie i dziecko po karmieniu. Jeśli jakieś objawy nas niepokoją – wtedy warto skonsultować się z pediatrą i zastanowić się nad doraźną pomocą (ograniczeniem, eliminacją pewnych produktów lub wspomaganiem lekami). A tym czasem pozostaje cieszyć się z macierzyństwa i nie katować się drakońskimi dietami, fundując sobie tym samym niedobory witamin, minerałów. Bo szczęśliwa (i najedzona!) mama to szczęśliwe dziecko 🙂

Źródła:

  1. http://femaltiker.pl/dieta-mamy/dieta-mamy/
  2. http://www.hafija.pl/2013/08/dieta-mamy-karmiacej-piersiajedz-co-chcesz-obalamy-mity.html

Karmienie piersią inaczej

Przez dziewięć miesięcy (przy optymalnym scenariuszu) nosisz pod sercem swoje ukochane dziecię borykając się z większymi lub mniejszymi dolegliwościami ciążowymi. Planujesz wszystko: wystrój pokoju, ustawienie mebli, całą wyprawkę niemowlęcą oraz oczywiście sposób karmienia potomka. Znajdujesz się w szpitalu na porodówce, by po wszystkim przynieśli Ci Twoje małe szczęście, kontakt „skóra do skóry” i pierwsze dostawienie. Mały „zassał”, złapał pierś – super: wie, o co chodzi – teraz już wszystko pójdzie z górki – wrócisz do domu i zacznie się istna, wymarzona sielanka. Chwila, moment – a co w sytuacji, kiedy dziecię nie ma możliwości (bądź umiejętności) złapania piersi (bo jest wcześniakiem/ musi być naświetlany przez żółtaczkę /pojawiły się powikłania poporodowe /Twoje brodawki są za duże/zbyt wklęsłe/nieodpowiednie, /trafił Ci się mały „leniuszek”, który nie ma siły się pożywić)  i żadne próby dostawiania wszystkimi możliwymi pozycjami, pomoc położnych lub/i CDL (Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego) nie skutkują, bądź z różnych, znanych tylko Tobie przyczyn nie chcesz dostawienia dziecka? Z tej trudnej, wręcz wprawiającej w depresję świeżo upieczoną Mamę sytuacji jest kilka rozwiązań.

  • próbujesz, próbujesz, i jeszcze raz próbujesz. Kolejne spotkania z CDL. I jeszcze jedno. Kapturki, najpierw jednej firmy, potem drugiej. Dostawiasz kolejny raz z rzędu. Najpierw zwyczajnie, potem w innej pozycji. I jeszcze raz. Dziecko płacze, Ty razem z nim. I próbujesz po raz kolejny… Pomoc osób wykwalifikowanych nie pomaga, ewentualnie nie otrzymujesz wystarczających porad od położnej/ doradcy laktacyjnego/ pediatry. Maluch nie chce, nie potrafi załapać. Próbujesz ponownie… i wpadasz w coraz większą depresję.
  • podajesz mleko modyfikowane. Nie masz siły walczyć. Siły, chęci, motywacji – Twój wybór. Ale mimo wszystko gdzieś w środku czujesz, że przegrałaś, że coś Ci zabrano. W końcu to niby takie oczywiste i naturalne – karmienie piersią. Zwłaszcza, że teraz chyba nastał swoistego rodzaju terror laktacyjny „Nie karmisz – jesteś złą matką!” Wiele osób wręcz piętnuje matki, które nie mogą (lub nie chcą) karmić piersią i decydują się na podanie mm. Wszyscy potrafią wymienić zalety karmienia piersią i tak wiele wad karmienia butelką i mlekiem modyfikowanym.
  • Ostatnim rozwiązaniem jest, coraz bardziej rozpowszechnione ostatnio – karmienie piersią inaczej. Nie chcesz podawać mleka modyfikowanego, ale dziecko nie potrafi samo się pożywić z Twoich piersi.

Karmienie piersią inaczej (w skrócie KPI) to nic innego, jak karmienie swojego prywatnego dziecka własnym odciągniętym mlekiem (lub mlekiem innej kobiety) za pomocą butelki (lub strzykawki, lub kubeczka, lub SNS). W każdym razie maluch dostaje Twoje mleko, czyli to, co możesz mu dać najlepsze! Brzmi ciekawie? Jako, że sama stałam się mamą KPI (już piąty miesiąc!), powiem Ci teraz, o co w tym wszystkim chodzi.

Zasadniczo sprawa wygląda tak, że kiedy już zdecydowałaś się na alternatywne karmienie piersią, to Twoim najlepszym przyjacielem (jak również największym wrogiem) staje się laktator. Ręczny, elektryczny, pojedynczy lub podwójny – tutaj panuje duża dowolność i wybór na rynku. Niestety do swojego przyjaciela jesteś uwiązana. I to dosłownie.

Niestety nie jest to prosta sprawa. Ja co prawda znalazłam się w takiej sytuacji, że przez pierwsze dwa miesiące Junior był w szpitalu, ja nad laktacją walczyłam w domu (lub w szpitalu odciągałam) i dowoziłam pokarm. Po wypisie ze szpitala dopiero zaczęła się „jazda bez trzymanki”. Aby laktacja właściwie się „rozhulała” by mleka starczyło w późniejszym etapie dorastania Juniora, powinnaś zająć się odciąganiem mleka minimum (!) 8 razy na dobę w odstępach co 3 godziny. W sumie to samo, co byś karmiła piersią, w końcu dziecko tak często (albo częściej) na początku je. I tak – w nocy też trzeba się poświęcić i wstać na zabawę z laktatorem. Najlepiej ok. 15 minut na jedną stronę. Czyli pół godziny na sesję. Plus wymycie butelki i laktatora. W międzyczasie nie zapomnij, że Twoje dziecko trzeba przewinąć i nakarmić. Dobrze by było się jeszcze zdrzemnąć w międzyczasie. I chwilę odpocząć! 🙂

Zaplanowanie dłuższego wyjścia na spacer, zakupy, do znajomych czy rodziny, a nawet zaplanowane wizyty gościnne u Ciebie kończą się na myśleniu „Czy zdążę z odciągnięciem?”. I wiele mam KPI wszędzie na dłuższe wypady z domu zabiera ze sobą laktator. A podróż z całym sprzętem i ogarnięcie tego logistycznie nie zawsze jest wygodne. Wiadomo, jak raz zdarzy się dłuższa przerwa – nic nie powinno się stać. U niektórych mam niestety nawet jedno, dwa przesunięcia kończą się na walce przez kolejne dni, by poziom laktacji powrócił do odpowiedniego poziomu. Bo niestety zmniejszenie ilości odciągnięć powodu zmniejszenie mleka, a w rezultacie nawet koniec laktacji… A obsługę laktatora opanowałaś do perfekcji także w różnych dziwnych miejscach i pozycjach (między innymi w samochodzie:) )

Są oczywiście plusy takiego rozwiązania. Przede wszystkim:

  • dajesz dziecku swoje mleko czyli to, co jest dla niego najbardziej potrzebne zwłaszcza na początku rozwoju. Znaczenie zdrowotne i rozwojowe mleka kobiecego jest naukowo udowodnione >>klik<<. Zwłaszcza, kiedy mamy obecnie laktacyjny terror z wielu stron czujesz, że robisz coś ważnego dla siebie i swojego maleństwa,
  • możesz kontrolować przyjmowane przez swoje dziecko porcje mleka (co jest szczególnie ważne przy wcześniakach i hipotrofii). Kiedy dziecko nie przybiera, też istotne jest monitorowanie, ile dziecko zjada.
  • w przypadku, gdy chcesz gdzieś wyjść na dłużej /sama bez dziecka, nie martwisz się o to, czy i co dziecko zje – tata, Twoja mama/ teściowa lub ktokolwiek inny z rodziny dostanie od Ciebie butlę z mlekiem, a Ty możesz udać się zarówno na krótkie zakupy, jak i na dłuższą wyprawę poza dom. Wygodne i bezstresowe 🙂

I chyba na tym zalety karmienia piersią inaczej się kończą. A wady?

  • wybór alternatywnego karmienia dziecka nie jest rozwiązaniem tanim. Trzeba zainwestować w dobry laktator – ręczny raczej odpada na dłuższą metę. Przede wszystkim ze względu na czas i siły (choć oczywiście są kobiety, które na ręcznych laktatorach „ciągną” miesiącami – podziwiam!!). A dobry, cichy i optymalnie podwójny laktator to wydatek sięgający kilkuset złotych. Oczywiście jest to inwestycja, która w dużej mierze ułatwi nam późniejsze funkcjonowanie w drodze przez KPI (cisza i zaoszczędzony czas są dość dużym i cennym komfortem). Dodatkowo kupno i wymiana butelek oraz części do laktatora, które też się zużywają. Plus mycie po każdym użyciu, prąd podczas odciągania (jeżeli mówimy o laktatorze elektrycznym). Jeżeli chcemy postawić na jeszcze większą wygodę, dochodzi gorset do ściągania pokarmu (aby mieć wolne ręce). I dodatkowe koszty generowane.
  • przy KPI jest większa możliwość kryzysów laktacyjnych oraz zastojów. Laktator nie jest naszym prywatnym i ukochanym ssakiem, który opróżni pierś do końca, co powodować może zastój i/lub zapalenie piersi. A kryzysy laktacyjne? Zapotrzebowanie potomka na pokarm jest różne – raz zjada więcej, raz mniej w zależności od dnia czy skoku rozwojowego. A laktatorem nie jest tak prosto unormować laktację oraz zwiększyć ilość mleka. A co w momencie, kiedy dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna domagać się więcej i więcej, a nam pokarmu nie chce przybyć? Wtedy zaczyna się ogromna i zarazem stresująca walka o każdą kroplę mleka, suplementacja różnymi środkami ziołowymi bądź farmakologicznymi, dodatkowe sesje z „przyjacielem” laktatorem, jeszcze więcej czasu na sesje. I presja połączona ze stresem, czy tego wszystkiego wystarczy na kolejne karmienie.
  • kolejną wadą jest czas. A właściwie brak czasu. Na cokolwiek innego. Całe swoje funkcjonowanie podporządkowujesz sesjom z laktatorem. Jeżeli chcesz na dobrym poziomie utrzymać laktację, to powinnaś systematycznie co ok. 3 godziny odciągać pokarm. I nie ma to tamto. Rzucasz sprzątanie, gotowanie obiadu, wyjście na spacer czy sen na rzecz randki z laktatorem. I półgodzinna sesja podczas, gdy normalnie mogłabyś podszykować posiłek, pobawić się z dzieckiem lub udać się na upragnioną drzemkę. To samo dzieje się w nocy – zamiast smacznie spać obok dziecka/męża/narzeczonego/chłopaka co trzy – maksymalnie cztery godziny słyszysz dźwięk budzika i udajesz się do pokoju obok, by zapełnić butelki. I walczysz o każdą kroplę, nieraz ze łzami w oczach i rezygnacją. Dodatkowo kolejne minuty na umycie, wysuszenie i schowanie sprzętu. Mnie KPI dziennie zajmuje ok. 4 godzin. 4 godziny wyjęte z doby, które chciałabyś przeznaczyć na całkiem co innego. A Ty jesteś uwiązana do sprzętu laktacyjnego. A każde dalsze wyjście lub wyjazd jest związane z zabieraniem ze sobą całego sprzętu i szukaniu sposobności na odciąganie. Lub ze stresem, że będziesz miała poślizg o kolejne minuty/ godziny.
  • największymi wadami karmienia piersią inaczej są ciągłe wyrzuty sumienia. O brak czasu – dla dziecka, swojej drugiej połówki, dla siebie. O to, że nie realizujesz się jako żona (partnerka) i matka. Bo nie poświęcasz wystarczającej uwagi najważniejszym dla siebie osobom. Nie wyrabiasz się z niczym. O to, że zamiast bawić się ze swoim dzieckiem, starasz się go zająć lub uspokoić, by w miarę bezstresowo móc odciągnąć pokarm, a przy tym zdążyć z resztą obowiązków. Wyrzuty sumienia, że nie udało Ci się karmić „normalnie”. Laktator stał się teoretycznie Twoim „przyjacielem”, ale w praktyce to Twój największy wróg, którego najchętniej kilka razy dziennie masz ochotę trzasnąć o podłogę lub wyrzucić przez okno z poczuciem, że to jemu poświęcasz więcej uwagi niż dziecku. O to, że nie cieszysz się z macierzyństwa w 100%, bo tracisz te cenne i niepowtarzalne chwile, których już się nie da odzyskać. I więź, która przecież budowana jest już od samego początku, a Tobie to wszystko gdzieś umyka pomiędzy kolejnymi odciągnięciami.

Karmienie piersią inaczej to ogromne wyzwanie i wyrzeczenie, jak również bardzo ciężka praca po to, aby dać dziecku to, co najcenniejsze. I chylę nisko czoło przed kobietami, które decydują się na ten krok i trwają w tym miesiącami, a nawet latami. Należą Wam się wielkie brawa i ogromny szacunek!

 

Na podstawie:

  1. http://www.mlekiemmamy.org/plusy-i-minusy-kpi/