Tag: matka

Jestem matką, ale też kobietą.

Ostatnio głośno się zrobiło o Mai Bohosiewicz, która została skrytykowana przez znaną p. psycholog za weekendowy wyjazd z partnerem i pozostawienie bodajże z babcią dwójki dzieci: rocznego syna oraz miesięcznej córeczki. Tak samo jak w przypadku Ani Lewandowskiej, tak również na tę celebrytkę spłynęła fala hejtu i obraźliwe komentarze. 

Czy my, kobiety, naprawdę musimy być dla siebie tak podłe i okrutne w ocenie zachowania? Czy w ogole musimy siebie wzajemnie i swoje postępowanie oceniać, krytykować? Każda z nas robi tak, jak uważa za słuszne i jeżeli tylko nikomu nie dzieje się przy tym krzywda, mamy do tego pełne prawo. 

Ja Wam powiem tak: Mai Bohosiewicz należał się ten wyjazd z partnerem. Tak samo Annie Lewandowskiej wyjścia na mecz męża, by go wspierać. I każdej z nas, jezeli tylko CZUJE TAKĄ POTRZEBĘ, a ma taką możliwość, należy się chwila tylko dla siebie oraz chwile we dwoje i warto z takiej możliwości skorzystać. Zostając matkami NIE PRZESTAŁYŚMY  w tym samym momencie być żonami i kobietami. To, że dalej chcemy raz na jakiś czas spotkać się ze znajomymi, pójść na imprezę, zadbać o siebie u kosmetyczki czy na siłowni nie oznacza, że jestesmy wyrodnymi matkami (jeśli tylko w tym czasie dziecko ma zapewnioną odpowiednią! opiekę). Powiem więcej, warto dalej dbać o siebie i się realizować z minimum dwóch powodów:

– szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Jeśli zamkniemy się w domu bez żadnych zewnętrznych kontaktów, całe dnie spędzimy w piżamie lub poplamionych dresach, a stan naszej cery i włosów będzie opłakany to istnieje ryzyko, że prędzej czy później dopadnie nas depresja. Któregoś dnia spojrzymy w lustro i nabawimy się ogromnych kompleksów, których pozbycie się bedzie nie lada wyzwaniem. Jest też ryzyko, że nasze zaniedbanie odbije się na związku z partnerem, a stad blisko do kłopotów. 

– po drugie: jeżeli przestaniemy dbać o siebie i realizować się choć w jednej dziedzinie, zajmować się swoim hobby, to w całości poświęcimy sie wychowaniu dziecka. I może to być dla nas zgubne w tym kontekście, że staniemy się zbyt opiekuńcze, zbyt zaborcze i chcące uczestniczyć w życiu potomka. Zaczniemy żyć tym życiem. A co w momencie, gdy bedzie czas powrotu do pracy, a nasze dziecko zacznie sie usamodzielniać? Bardzo trudno będzie się odnaleźć w takiej rzeczywistości, kiedy wszystkie kontakty zostały ucięte, a nasze zainteresowania zakończyły sie na nowych dziecięcych ubrankach i pieluchach. 

Dajmy sobie czasem chwilę oddechu, zróbmy coś dla siebie, uśmiechnijmy sie do swojego odbicia w lustrze. Wyjdźmy czasem z koleżanką na kawę lub wygospodarujmy pół godziny wieczorem, by poddać sie zabiegom kosmetycznym. Da radę wszystko zorganizować bez zaniedbania potomstwa, a my (i nasze drugie połówki) sobie podziękujemy. Szczęśliwa i zadbana matka, żona i kobieta to szczęśliwe dziecko!

Czego o macierzyństwie nikt mi nie powiedział

 

Macierzyństwo to wspaniały czas, o którym wiele, żeby nie powiedzieć: większość kobiet marzy. Ciąża, wybieranie ubranek, urządzanie pokoiku dziecięcego, aż w końcu opieka nad cudownym, wyczekanym maleństwem. W teorii ze wszystkich, a przynajmniej ze zdecydowanej większości wad oraz zalet tego czasu ciążowo – macierzyńskiego zdajemy sobie sprawę. A jak jest w praktyce? Mnie kilka rzeczy na pewno wprawiło w hmmm.. zdziwienie? Rozczarowanie? Refleksje że „tego nie było w scenariuszu”?

1. Zajście w ciążę. Zasadniczo „jak to się robi”, jeżeli chodzi o kwestie techniczne,  wszyscy wiemy. Natomiast nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czasem nie wystarczy „zadziałać” podczas jednego cyklu, aby zobaczyć upragnione dwie kreski na teście ciążowym. Dopóki starania o dziecko są w fazie planowania bądź jeszcze bardziej odległej to wszystko to wydaje się nieskomplikowane. A okazuje się, że coraz więcej par ma problemy z tym, aby zajść w ciążę i doczekać się swojego wyczekanego Dziedzica. Nie każdej parze udaje się przy pierwszym, drugim cyklu; czasem są to długie miesiące przechodzące w lata. Nadchodzi frustracja, robienie wszystkiego pod „kalendarzyk”, coraz więcej nerwów, aż w końcu zniechęcenie i mnóstwo pytań pozostawionych bez odpowiedzi. A niepłodność i bezpłodność to w naszym kraju wciąż (mimo coraz większej wiedzy) temat tabu. Dodatkowo życzliwe i dociekliwe towarzystwo prawie na każdym kroku zasypuje pytaniami o dziecko, czy się staracie, a kiedy u Was…

2. Czas ciąży i dolegliwości ciążowe. Jak tylko zaczęliśmy z Małżem planować potomstwo, wszędzie sięgałam po informacje związane z tym okresem i stanem. Teoretycznie byłam świadoma, że mogę doświadczyć mdłości, mieć rożne zachcianki, być senna, a moje ciało całkowicie się zmieni. Chyba jednak żadna kobieta w praktyce nie jest do końca przygotowana na spędzenie pierwszych trzech, czterech miesięcy w toalecie. Nie wyobraża sobie, że można mieć takie mdłości po zjedzeniu swojego ulubionego posiłku. Ba – czasem wystarczy sam ZAPACH, by w tempie sprintera pognać do toalety. A już będąc w tym temacie: mniej więcej po półmetku ciąży gdziekolwiek będziesz wychodziła, zapoznaj się z planem miejsca, w którym jesteś: to rzeczywiście nie są żarty, że łazienka w centrum handlowym przyda się wielokrotnie. Podczas jednej wizyty na zakupach! Dodatkowo, mimo wiedzy na ten temat, zaskoczeniem oraz przerażeniem były dla mnie pierwsze rozstępy. Oraz fakt, że nie każda kobieta w ciąży wygląda kwitnąco, a nadprogramowe kilogramy niekoniecznie idą tylko w słodki ciążowy brzuszek. U mnie niestety sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej, z powodu problemów zdrowotnych i nadciśnienia oraz zatrzymania wody w organizmie cała „spuchłam” i mimo braku obżerania się i typowych zachcianek dodatkowe 17 kg mocno dało się zauważyć. Wszędzie. Do atrakcyjnej kobiety w ciąży było baaardzo daleko i z tego powodu nie mam żadnego zdjęcia z tego okresu… A o tym nikt nie mówi głośno!

3. Głośno nie mówi się także o tym, że zarówno w ciąży, jak i przy porodzie nie wszystko musi pójść gładko, bezproblemowo i bez komplikacji. Na to się chyba nie da przygotować. Począwszy od samoistnych poronień, problemów z ciśnieniem, cukrzycą czy utrzymaniem ciąży, chorobami płodu, skończywszy na przedwczesnym porodzie i komplikacjach. To również są rzeczy, które u nas są tematem przemilczanym. Na szczęście medycyna tak się  rozwinęła, że z wieloma tego typu problemami (jeśli tylko są odpowiednio wcześnie wykryte) potrafi sobie poradzić. W końcu to chyba neonatologia najbardziej się rozwinęła na przestrzeni ostatnich lat, jeżeli chodzi o nauki medyczne.

4. Połóg. Magiczne 6 tygodni po porodzie, podczas których kobieta i jej ciało „dochodzi” do siebie i do formy sprzed lat. Taaaa, dobre sobie. Dla mnie jako pierworódki ten czas był owiany tajemnicą. I jak przyszło co do czego to nawet nie było siły na rozczarowanie i zaskoczenie. Było ogromne zmęczenie, ból i niemoc. Niemoc pójścia do toalety, wzięcia prysznica czy umycia głowy. A także niemoc psychiczna i mnóstwo wątpliwości czy sobie damy radę, czy sie sprosta temu trudnemu zadaniu opieki i wychowania dziecka. W tym czasie też często dochodzi do baby blues lub depresji poporodowej. Ogromne zmęczenie fizyczne i psychiczne plus całodobowe przebywanie na wysokich obrotach przy noworodku, a do tego brak możliwości regeneracji to spore obciążenie na raz. Niesamowite jest jednak to, że kobieta w tym czasie ma zdecydowanie więcej sił niż jej by się mogło wydawać. I mimo tych wszystkich niedogodności fizycznych i psychicznych jest w stanie ciągłej mobilizacji i jak musi, to wykaże mnóstwo energii.

5. Kupa, kupa i jeszcze raz kupa. Za przeproszeniem ten „gówniany” temat rozmów to rzeczywiście i bez wyolbrzymiania główne zmartwienie rodziców w pierwszych tygodniach po porodzie. Czy była? Jaka była? Czy taka być powinna? Konsystencja, kolor, obecność lub brak zawartości pampersa spędzą sen z powiek chyba każdej parze  I nie będzie Wam przeszkadzało, czy obecnie jecie czy robicie jakiekolwiek inne czynności, rozmowy te będą traktowane tak samo jak pytanie „co na obiad”.

6. Dopiero ciąża i macierzyństwo pokazują, jak wiele wokół Was jest życzliwych ludzi zawsze służących radą i chętnych do podzielenia się wiedzą. Kilkakrotnie w ciągu tygodnia usłyszysz mnóstwo porad i wskazówek, jak przeżyć te magiczne dziewięć miesięcy: co możesz jeść, robić, jak się zachowywać, czego powinnaś unikać lub wręcz nie możesz robić. Nagle wiele osób w trakcie wspólnego posiłku zwraca uwagę na to, co TY aktualne jesz i możesz być pewna, ze nie obejdzie się bez komentarzy (a czy nie za ostre, nie za dużo, nie za mało, to chyba niezdrowe, tego nie powinnaś) albo przypuszczeń, „na co to wróży” (kwaśne, to może dziewczynka, słodkie – czyżby chłopiec? Masz zgagę: będzie miało mnóstwo włosów). W ciągu pierwszego trymestru poznasz wszystkie możliwe przesądy, a potem usłyszysz mnóstwo rad dotyczących samej ciąży, a potem opieki, wychowania, urządzania pokoju : kiedy, jak, o czym musisz pamiętać. Niestety usłyszysz również mnóstwo historii z samego porodu, także tych niezbyt optymistycznie nastrajających. Taki urok ciąży 🙂

7. Nikt o tym nie mówi, a jeśli nawet już, to samemu trzeba tego doświadczyć, że macierzyństwo jest przepełnione mnóstwem skrajnych emocji. Chyba żaden związek nie da tyle tak intensywnych wrażeń i doświadczeń emocjonalnych. Dopóki sama nie zostałam matką, nie przypuszczałam, ze człowiek jest w stanie obdarzyć kogoś, zwłaszcza tak małe stworzenie, tak ogromnymi uczuciami i miłością. Że pierwszy krzyk, zwłaszcza przy komplikacjach spowoduje tak silne wzruszenie, ulgę i szczęście, że prawie stracisz przytomność. Że dla tych kilku kilogramów małego człowieczka przewartościujesz swoje życie i będziesz w stanie zrobić wszystko. Że mega ogromne zmęczenie, wyczerpanie, rezygnacja, czasem wręcz chęć ucieczki będą Ci towarzyszyć często, ale będą szybko zażegnane przez jeden uśmiech lub nabycie nowej umiejętności.

A Was co najbardziej zaskoczyło w czasie ciąży lub w samym macierzyństwie?

Matka Polka fejsbukowa

W obecnych czasach większość ludzi (żeby nie powiedzieć: praktycznie wszyscy) ma stały dostęp do Internetu. Tak naprawdę chyba stałe jesteśmy w trybie online: Internet w smartfonie czy na tablecie, które przecież ciągle nosimy przy sobie. Facebook, Instagram, Snapchat, Twitter i kilka innych portali społecznościowych czy aplikacji, o których nawet nie mam zielonego pojęcia. Ja osobiście korzystam tylko z FB i to na nim, a właściwie na zjawisku na Facebooku zaobserwowanym się dzisiaj skoncentruję.

Facebook ma to do siebie, ze oprócz zapraszania mnóstwa znajomych możemy między innymi:

  • dołączać do różnego rodzaju grup zrzeszających ludzi: o podobnych zainteresowaniach, sympatiach, antypatiach, poglądach zbieżnych z naszymi;
  • Obserwować ludzi bardziej lub mniej znanych, tak zwanych celebrytów sławnych dlatego „że są sławni” lub prawdziwe gwiazdy na ich oficjalnych fanpage’ach.
  • czytać wątki, szukać rad lub samemu doradzać na grupach dyskusyjnych dotyczących praktycznie każdego możliwego tematu czy problemu.

Korzystam z trzech powyższych funkcji owego portalu społecznościowego i zauważyłam, zwłaszcza na różnego rodzaju grupach, że wiele kobiet stało się nowym rodzajem kobiet: matką Polką fejsbukową. Po czym rozpoznaję taki typ kobiet – matek?

  • Zaczyna się od komentowania. Szeroko pojętego komentowania wszystkiego. „Bo koleżanka/ sąsiadka/pani przypadkowo mijana na ulicy to: źle ubrała swoje dziecko.. Założyła czapkę, albo jej nie wzięła. Za wcześnie albo za późno zaczęła rozszerzać dietę. Karmi tylko mlekiem modyfikowanych lub za długo przystawia do piersi. Sadza małe dziecko przed telewizorem, a z drugiej strony za długo izoluje dziecko od technologii. Źle, że podaje gotowe słoiczki, ale BLW przecież nie jest bezpieczne! Zostawiła noworodka z babcia, a sama wyszła do koleżanki. Zaglądamy do wózka, do jadalni, salonu, książeczki szczepień innych. Obgadujemy inne mamy na forach czy grupach internetowych, nadajemy sobie prawo do komentowania, a wręcz krytykowania innych.
  • Radzimy, uważając się za znawczynie każdego możliwego tematu. Wystarczy, że jedna osoba zada pytanie dotyczące wychowania bądź opieki nad dzieckiem, a zaraz znajdzie sie mnóstwo rad. Dobrych, złych, ale też komentarzy że jak można tego nie wiedzieć. Ostatnio często też pojawiają sie niestety „gównoburze”, gdzie na zwykłe pytanie inni odpowiadają ironicznie lub aż szukając okazji do wywołania potyczek słownych. „Co z ciebie za matka, że tak robisz?!” „Przecież to chore!”
  • Zazdrościmy, oceniamy. Tutaj poruszę temat popularnej ostatnio pani Anny Lewandowskiej. Przynajmniej raz dziennie na portalach informacyjnych lub w grupach dyskusyjnych na FB natrafiam na wzmiankę o Annie Lewandowskiej: że ma wózek w cenie niezłej kawalerki, że była na meczu męża (A kto został z dzieckiem? To nie karmi piersią?), że przez jej zdjęcia miesiąc po porodzie kobiety wpadają w depresję, że źle nosi Klarę w nosidle, że pojechała na wczasy.

A ja sobie myślę tak: może zajmijmy się swoimi dziećmi w swoich wózkach, nosidłach czy chustach. Dowiadujmy się, czytajmy, pytajmy i radźmy, ale Z ŻYCZLIWOŚCIĄ, a nie pogardą i sarkazmem. Nie oceniajmy, nie krytykujmy. Każda z nas stara się być jak najlepszą matką i jeżeli tylko pozwalają jej na to fundusze i możliwości, chce dziecku dać to, co najlepsze, podążając jednocześnie za trendami. Z drugiej jednak strony, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, wiele rzeczy robimy intuicyjnie nie posiadając monopolu na wiedzę i (co NORMALNE!) popełniamy błędy. Każda z nas popełni nie jeden, nie dwa, a mnóstwo błędów.  Każda z nas, mimo ogromu miłości do dziecka oraz zaangażowania pragnie, ale przede wszystkim POTRZEBUJE chwili oddechu w samotności lub tylko z mężem. I potrzebuje oraz powinna zadbać o siebie, by móc z radością realizować się jako matka i żona.

Nie oceniajmy, nie krytykujmy i nie oczerniamy innych matek. Żadna z nas nie jest idealna, a my nie siedzimy w skórze drugiej kobiety żeby poznać motywy jej postępowania, model wychowania czy stan psychiczny, w jakim się znajduje, jak również wiedzę, jaka posiada i jaką przekazuje najbliższe środowisko (a z tym bywa baaaardzo różnie). Nie uważajmy się za wszechwiedzące tylko dlatego, że w Internecie piszą to czy tamto. Posiadanie dziecka również nie czyni nas od razu ekspertkami od wychowania i opieki. Więc zanim coś do kogoś lub o kimś powiemy to warto zastanowić się, jak my byśmy na taką opinię o sobie zareagowały. A czasem najlepiej po prostu skoncentrować się swoim wózku, by SOBIE nie mieć nic do zarzucenia.

Dieta matki karmiącej

Jednym z dylematów, z jakim spotykają się młode mamy karmiące swojego potomka piersią jest osławiona już dieta matki karmiącej. Już podczas ciąży słyszymy od rodziny /krewnych /przyjaciół /znajomych / a nawet od lekarzy pediatrów, że przy karmieniu piersią obowiązuje nas ścisła dieta. Musimy uważać na alergeny (a trochę ich jest: nabiał, pomidory, cytrusy, czekolada, orzechy, truskawki to tylko część z nich), wyeliminować potrawy smażone, mocno doprawione (zwłaszcza ostre), fast foody i napoje gazowane w żadnym wypadku nie wchodzą w grę; część warzyw i owoców też znajduje się na czarnej liście: brokuły, czosnek, cebula, fasola, kalafior. Co więcej, niektórzy na początku naszej przygody z karmieniem odradzają również spożywanie surowych warzyw i owoców (sic!). Sama doświadczyłam tego, że neonatolodzy z dwóch niezależnych szpitali kazali zastosować rygorystyczną dietę: owoce i warzywa tylko po obróbce – oczywiście tylko polskie sezonowe – żadnych wzdymających, nic smażonego, nabiał w minimalnych ilościach, wstrzymanie się z alergenami. Pierwsze dwa miesiące życia Juniora funkcjonowałam na przysłowiowym kurczaku na parze, ryżu oraz marchewce w różnej postaci :), a z owoców tylko na jabłkach na parze. Na szczęście później trafiłam na sympatyczną pielęgniarkę z bardziej współczesną wiedzą oraz na kilka artykułów w Internecie, dzięki czemu w końcu mogłam smacznie zjeść i cieszyć się z karmienia Juniora swoim mlekiem! 🙂

Najważniejsze, co musimy zapamiętać w tym temacie to fakt, że NIE MA DIETY MATKI KARMIĄCEJ! Mleko matki powstaje nie z treści żołądkowej, a z krwi >>jak powstaje mleko?<<, dlatego też to, co kobieta zje (nie licząc alergenów, ale to trochę inna historia), nie ma bezpośredniego wpływu na bóle brzuszka czy kolki lub wzdęcia u dziecka. Dieta matki karmiącej powinna być taka sama, jak każdego dbającego o zdrowie człowieka: czyli urozmaicona, bogata w witaminy i składniki mineralne, racjonalna i zdrowa.

* Owoce i warzywa jak najbardziej powinny znaleźć się w naszej diecie. Są one niezastąpionym źródłem cennych witamin oraz błonnika, a przecież lepiej je przyjmować w postaci naturalnej, a nie za pomocą suplementacji tabletkami, prawda? 🙂 Zawsze najlepiej wybierać nasze polskie owoce i warzywa (oraz te sezonowe). Jeśli chodzi o alergeny (m.in. pomidory, cytrusy, truskawki) najlepszą metodą jest racjonalne ich spożywanie i obserwacja swojego Juniora – jeśli tylko zauważymy zmiany skórne lub dolegliwości żołądkowe mogące świadczyć o alergii, wtedy możemy czasowo wyeliminować dany produkt i za jakiś czas ponowić próbę.

* wzdymające warzywa i przyprawy, napoje gazowane – mogą doprowadzić do wzdęć i dyskomfortu, ale wyłącznie matkę karmiącą, a nie dziecko. Brokuły czy kapusta zadziałają tylko na nasz układ pokarmowy, a nie malucha. „Wzdęcie to zjawisko powstające w jelitach mamy, pod wpływem fermentujących niestrawionych frakcji błonnika pokarmowego. Efekt wzdymający dotyczy więc jelit matki i nie ma żadnego powodu, żeby przedostał się do krwiobiegu a później do mleka. Podobnie jak nie mogą się tam przedostać bąbelki powietrza z gazowanej” (źródło).

* potrawy smażone nie są wskazane nie tylko dla matki karmiącej, ale dla każdego z nas ze względu na utratę przy smażeniu wielu cennych minerałów i witamin oraz dużą zawartość tłuszczu i szkodliwych substancji mogących skutkować dolegliwościami układu sercowo-naczyniowego. (źródło) Oczywiście tutaj (jak we wszystkim) potrzebny jest umiar – w końcu od jednorazowej porcji schabowego lub frytek nie dostaniemy miażdżycy 🙂

*mleko i nabiał są jak najbardziej potrzebne dla kobiety karmiącej ze względu na zawartość wapnia oraz witaminy D3. Wyeliminowanie go i brak suplementacji podczas karmienia może skutkować niedoborem witamin i minerałów u matki, co oznaczać może w przyszłości problemy z osteoporozą, zębami i kośćmi. W końcu nasz organizm musi się dzielić wszelkimi dobrami z Maluchem. Zatem jeżeli jakichkolwiek mikro i makroelementów, witamin czy minerałów nie dostarczymy sobie w pożywieniu lub suplementacją – ta znikoma ilość, którą gromadzimy w swojej krwi – przedostanie się do mleka dla dziecka. A u nas wystąpi niedobór mogący mieć poważne konsekwencje.

* alergeny – czyli między innymi kakao, pomidory, mleko, jaja, cytrusy,truskawki, soja, orzechy i wiele, wiele innych. Zgodnie ze współczesną wiedzą na ten temat, nie ma potrzeby eliminowania „na wszelki wypadek” potencjalnie alergizujących potraw (źródło). Odstawienie uczulających produktów ma sens wyłącznie wtedy, kiedy mama karmiąca sama ma alergię na dany pokarm lub gdy wystąpi wyraźna reakcja związana z alergią lub nietolerancją (objawy zarówno ze strony układu immunologicznego, tj. wysypka, sucha skóra; jak i układu pokarmowego, czyli biegunki, bolący brzuszek). (Tutaj pozwolę sobie na osobistą uwagę – jeżeli nasze Maleństwo ma problemy brzuszkowe: ulewania, kolki, gazy lub niepokojące wypróżnienia – które to objawy skonsultujecie z pediatrą, to w wielu przypadkach otrzymacie zalecenie, by odstawić mleko i inne produkty zawierające laktozę. Niestety to ostatnio na wyrost stawiana diagnoza, często również bez większego poparcia w badaniach, a jedynie na podstawie – niejednokrotnie okrojonego – wywiadu. Czy warto się do tych zaleceń eliminacyjnych dostosować, a może skonsultować z innym lekarzem lub podać na własną rękę laktazę – tutaj decyzja musi już być podjęta we własnym zakresie – ja póki co jestem na diecie bezmlecznej – tam, gdzie to możliwe mleko zostało wyeliminowane – da się żyć, co więcej nawet zjeść smacznie :)) Ja osobiście produkty alergizujące wprowadzałam w swojej diecie po kolei i stopniowo (z kilkudniową przerwą), by w razie wystąpienia jakichkolwiek niepokojących objawów móc stwierdzić, co jest tego przyczyną.

To, o czym musimy pamiętać i czego unikać podczas karmienia piersią lub karmienia piersią inaczej (o kpi pisałam tutaj) to na pewno:

  • wszelkie używki, czyli papierosy, alkohol i narkotyki – substancje w nich zawarte jak najbardziej przechodzą do krwi, a potem do pokarmu. Czyli dziecko wraz z mlekiem niestety również to, co złe otrzyma. Co do picia alkoholu opinie są różne i niektórzy twierdzą, że niewielką ilość można. Ja jednak stanowczo mówię „NIE” każdej ilości procentów.
  • kofeina – jej nie musimy odstawiać całkowicie, natomiast ograniczyć jej spożywanie. Jedna czy dwie słabe filiżanki kawy z mlekiem nie powinny zaszkodzić. Natomiast pamiętajmy, że kofeina zawarta jest także w herbacie, czekoladzie oraz czy napojach energetycznych, których też powinniśmy unikać.
  • żywność wysoko przetworzona czyli wszystko to, co posiada bardzo bogaty skład, mnóstwo ulepszaczy, konserwantów i sztucznych barwników (zupki chińskie, napoje energetyczne, gotowe dania do mikrofalówki). To zarówno nam, jak i maluchowi nie wyjdzie na zdrowie.
  • fast foody – okazjonalnie zjedzenie czegoś  w budki na mieście czy z McDonalda nie zaszkodzi. Aczkolwiek jedzenie to nie posiada wielu wartości odżywczych, a co najwyżej puste kalorie, mnóstwo tłuszczu, a i świeżość jest czasem wątpliwa. Więc czy warto?

Konkludując ten wpis, najważniejsze, o czym powinniśmy pamiętać to fakt, że nie ma diety matki karmiącej – we wszystkim powinniśmy zachować umiar oraz przede wszystkim obserwować siebie i dziecko po karmieniu. Jeśli jakieś objawy nas niepokoją – wtedy warto skonsultować się z pediatrą i zastanowić się nad doraźną pomocą (ograniczeniem, eliminacją pewnych produktów lub wspomaganiem lekami). A tym czasem pozostaje cieszyć się z macierzyństwa i nie katować się drakońskimi dietami, fundując sobie tym samym niedobory witamin, minerałów. Bo szczęśliwa (i najedzona!) mama to szczęśliwe dziecko 🙂

Źródła:

  1. http://femaltiker.pl/dieta-mamy/dieta-mamy/
  2. http://www.hafija.pl/2013/08/dieta-mamy-karmiacej-piersiajedz-co-chcesz-obalamy-mity.html