Kategoria: Macierzyństwo

Jestem matką, ale też kobietą.

Ostatnio głośno się zrobiło o Mai Bohosiewicz, która została skrytykowana przez znaną p. psycholog za weekendowy wyjazd z partnerem i pozostawienie bodajże z babcią dwójki dzieci: rocznego syna oraz miesięcznej córeczki. Tak samo jak w przypadku Ani Lewandowskiej, tak również na tę celebrytkę spłynęła fala hejtu i obraźliwe komentarze. 

Czy my, kobiety, naprawdę musimy być dla siebie tak podłe i okrutne w ocenie zachowania? Czy w ogole musimy siebie wzajemnie i swoje postępowanie oceniać, krytykować? Każda z nas robi tak, jak uważa za słuszne i jeżeli tylko nikomu nie dzieje się przy tym krzywda, mamy do tego pełne prawo. 

Ja Wam powiem tak: Mai Bohosiewicz należał się ten wyjazd z partnerem. Tak samo Annie Lewandowskiej wyjścia na mecz męża, by go wspierać. I każdej z nas, jezeli tylko CZUJE TAKĄ POTRZEBĘ, a ma taką możliwość, należy się chwila tylko dla siebie oraz chwile we dwoje i warto z takiej możliwości skorzystać. Zostając matkami NIE PRZESTAŁYŚMY  w tym samym momencie być żonami i kobietami. To, że dalej chcemy raz na jakiś czas spotkać się ze znajomymi, pójść na imprezę, zadbać o siebie u kosmetyczki czy na siłowni nie oznacza, że jestesmy wyrodnymi matkami (jeśli tylko w tym czasie dziecko ma zapewnioną odpowiednią! opiekę). Powiem więcej, warto dalej dbać o siebie i się realizować z minimum dwóch powodów:

– szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Jeśli zamkniemy się w domu bez żadnych zewnętrznych kontaktów, całe dnie spędzimy w piżamie lub poplamionych dresach, a stan naszej cery i włosów będzie opłakany to istnieje ryzyko, że prędzej czy później dopadnie nas depresja. Któregoś dnia spojrzymy w lustro i nabawimy się ogromnych kompleksów, których pozbycie się bedzie nie lada wyzwaniem. Jest też ryzyko, że nasze zaniedbanie odbije się na związku z partnerem, a stad blisko do kłopotów. 

– po drugie: jeżeli przestaniemy dbać o siebie i realizować się choć w jednej dziedzinie, zajmować się swoim hobby, to w całości poświęcimy sie wychowaniu dziecka. I może to być dla nas zgubne w tym kontekście, że staniemy się zbyt opiekuńcze, zbyt zaborcze i chcące uczestniczyć w życiu potomka. Zaczniemy żyć tym życiem. A co w momencie, gdy bedzie czas powrotu do pracy, a nasze dziecko zacznie sie usamodzielniać? Bardzo trudno będzie się odnaleźć w takiej rzeczywistości, kiedy wszystkie kontakty zostały ucięte, a nasze zainteresowania zakończyły sie na nowych dziecięcych ubrankach i pieluchach. 

Dajmy sobie czasem chwilę oddechu, zróbmy coś dla siebie, uśmiechnijmy sie do swojego odbicia w lustrze. Wyjdźmy czasem z koleżanką na kawę lub wygospodarujmy pół godziny wieczorem, by poddać sie zabiegom kosmetycznym. Da radę wszystko zorganizować bez zaniedbania potomstwa, a my (i nasze drugie połówki) sobie podziękujemy. Szczęśliwa i zadbana matka, żona i kobieta to szczęśliwe dziecko!

Czego o macierzyństwie nikt mi nie powiedział

 

Macierzyństwo to wspaniały czas, o którym wiele, żeby nie powiedzieć: większość kobiet marzy. Ciąża, wybieranie ubranek, urządzanie pokoiku dziecięcego, aż w końcu opieka nad cudownym, wyczekanym maleństwem. W teorii ze wszystkich, a przynajmniej ze zdecydowanej większości wad oraz zalet tego czasu ciążowo – macierzyńskiego zdajemy sobie sprawę. A jak jest w praktyce? Mnie kilka rzeczy na pewno wprawiło w hmmm.. zdziwienie? Rozczarowanie? Refleksje że „tego nie było w scenariuszu”?

1. Zajście w ciążę. Zasadniczo „jak to się robi”, jeżeli chodzi o kwestie techniczne,  wszyscy wiemy. Natomiast nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czasem nie wystarczy „zadziałać” podczas jednego cyklu, aby zobaczyć upragnione dwie kreski na teście ciążowym. Dopóki starania o dziecko są w fazie planowania bądź jeszcze bardziej odległej to wszystko to wydaje się nieskomplikowane. A okazuje się, że coraz więcej par ma problemy z tym, aby zajść w ciążę i doczekać się swojego wyczekanego Dziedzica. Nie każdej parze udaje się przy pierwszym, drugim cyklu; czasem są to długie miesiące przechodzące w lata. Nadchodzi frustracja, robienie wszystkiego pod „kalendarzyk”, coraz więcej nerwów, aż w końcu zniechęcenie i mnóstwo pytań pozostawionych bez odpowiedzi. A niepłodność i bezpłodność to w naszym kraju wciąż (mimo coraz większej wiedzy) temat tabu. Dodatkowo życzliwe i dociekliwe towarzystwo prawie na każdym kroku zasypuje pytaniami o dziecko, czy się staracie, a kiedy u Was…

2. Czas ciąży i dolegliwości ciążowe. Jak tylko zaczęliśmy z Małżem planować potomstwo, wszędzie sięgałam po informacje związane z tym okresem i stanem. Teoretycznie byłam świadoma, że mogę doświadczyć mdłości, mieć rożne zachcianki, być senna, a moje ciało całkowicie się zmieni. Chyba jednak żadna kobieta w praktyce nie jest do końca przygotowana na spędzenie pierwszych trzech, czterech miesięcy w toalecie. Nie wyobraża sobie, że można mieć takie mdłości po zjedzeniu swojego ulubionego posiłku. Ba – czasem wystarczy sam ZAPACH, by w tempie sprintera pognać do toalety. A już będąc w tym temacie: mniej więcej po półmetku ciąży gdziekolwiek będziesz wychodziła, zapoznaj się z planem miejsca, w którym jesteś: to rzeczywiście nie są żarty, że łazienka w centrum handlowym przyda się wielokrotnie. Podczas jednej wizyty na zakupach! Dodatkowo, mimo wiedzy na ten temat, zaskoczeniem oraz przerażeniem były dla mnie pierwsze rozstępy. Oraz fakt, że nie każda kobieta w ciąży wygląda kwitnąco, a nadprogramowe kilogramy niekoniecznie idą tylko w słodki ciążowy brzuszek. U mnie niestety sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej, z powodu problemów zdrowotnych i nadciśnienia oraz zatrzymania wody w organizmie cała „spuchłam” i mimo braku obżerania się i typowych zachcianek dodatkowe 17 kg mocno dało się zauważyć. Wszędzie. Do atrakcyjnej kobiety w ciąży było baaardzo daleko i z tego powodu nie mam żadnego zdjęcia z tego okresu… A o tym nikt nie mówi głośno!

3. Głośno nie mówi się także o tym, że zarówno w ciąży, jak i przy porodzie nie wszystko musi pójść gładko, bezproblemowo i bez komplikacji. Na to się chyba nie da przygotować. Począwszy od samoistnych poronień, problemów z ciśnieniem, cukrzycą czy utrzymaniem ciąży, chorobami płodu, skończywszy na przedwczesnym porodzie i komplikacjach. To również są rzeczy, które u nas są tematem przemilczanym. Na szczęście medycyna tak się  rozwinęła, że z wieloma tego typu problemami (jeśli tylko są odpowiednio wcześnie wykryte) potrafi sobie poradzić. W końcu to chyba neonatologia najbardziej się rozwinęła na przestrzeni ostatnich lat, jeżeli chodzi o nauki medyczne.

4. Połóg. Magiczne 6 tygodni po porodzie, podczas których kobieta i jej ciało „dochodzi” do siebie i do formy sprzed lat. Taaaa, dobre sobie. Dla mnie jako pierworódki ten czas był owiany tajemnicą. I jak przyszło co do czego to nawet nie było siły na rozczarowanie i zaskoczenie. Było ogromne zmęczenie, ból i niemoc. Niemoc pójścia do toalety, wzięcia prysznica czy umycia głowy. A także niemoc psychiczna i mnóstwo wątpliwości czy sobie damy radę, czy sie sprosta temu trudnemu zadaniu opieki i wychowania dziecka. W tym czasie też często dochodzi do baby blues lub depresji poporodowej. Ogromne zmęczenie fizyczne i psychiczne plus całodobowe przebywanie na wysokich obrotach przy noworodku, a do tego brak możliwości regeneracji to spore obciążenie na raz. Niesamowite jest jednak to, że kobieta w tym czasie ma zdecydowanie więcej sił niż jej by się mogło wydawać. I mimo tych wszystkich niedogodności fizycznych i psychicznych jest w stanie ciągłej mobilizacji i jak musi, to wykaże mnóstwo energii.

5. Kupa, kupa i jeszcze raz kupa. Za przeproszeniem ten „gówniany” temat rozmów to rzeczywiście i bez wyolbrzymiania główne zmartwienie rodziców w pierwszych tygodniach po porodzie. Czy była? Jaka była? Czy taka być powinna? Konsystencja, kolor, obecność lub brak zawartości pampersa spędzą sen z powiek chyba każdej parze  I nie będzie Wam przeszkadzało, czy obecnie jecie czy robicie jakiekolwiek inne czynności, rozmowy te będą traktowane tak samo jak pytanie „co na obiad”.

6. Dopiero ciąża i macierzyństwo pokazują, jak wiele wokół Was jest życzliwych ludzi zawsze służących radą i chętnych do podzielenia się wiedzą. Kilkakrotnie w ciągu tygodnia usłyszysz mnóstwo porad i wskazówek, jak przeżyć te magiczne dziewięć miesięcy: co możesz jeść, robić, jak się zachowywać, czego powinnaś unikać lub wręcz nie możesz robić. Nagle wiele osób w trakcie wspólnego posiłku zwraca uwagę na to, co TY aktualne jesz i możesz być pewna, ze nie obejdzie się bez komentarzy (a czy nie za ostre, nie za dużo, nie za mało, to chyba niezdrowe, tego nie powinnaś) albo przypuszczeń, „na co to wróży” (kwaśne, to może dziewczynka, słodkie – czyżby chłopiec? Masz zgagę: będzie miało mnóstwo włosów). W ciągu pierwszego trymestru poznasz wszystkie możliwe przesądy, a potem usłyszysz mnóstwo rad dotyczących samej ciąży, a potem opieki, wychowania, urządzania pokoju : kiedy, jak, o czym musisz pamiętać. Niestety usłyszysz również mnóstwo historii z samego porodu, także tych niezbyt optymistycznie nastrajających. Taki urok ciąży 🙂

7. Nikt o tym nie mówi, a jeśli nawet już, to samemu trzeba tego doświadczyć, że macierzyństwo jest przepełnione mnóstwem skrajnych emocji. Chyba żaden związek nie da tyle tak intensywnych wrażeń i doświadczeń emocjonalnych. Dopóki sama nie zostałam matką, nie przypuszczałam, ze człowiek jest w stanie obdarzyć kogoś, zwłaszcza tak małe stworzenie, tak ogromnymi uczuciami i miłością. Że pierwszy krzyk, zwłaszcza przy komplikacjach spowoduje tak silne wzruszenie, ulgę i szczęście, że prawie stracisz przytomność. Że dla tych kilku kilogramów małego człowieczka przewartościujesz swoje życie i będziesz w stanie zrobić wszystko. Że mega ogromne zmęczenie, wyczerpanie, rezygnacja, czasem wręcz chęć ucieczki będą Ci towarzyszyć często, ale będą szybko zażegnane przez jeden uśmiech lub nabycie nowej umiejętności.

A Was co najbardziej zaskoczyło w czasie ciąży lub w samym macierzyństwie?

Matka Polka fejsbukowa

W obecnych czasach większość ludzi (żeby nie powiedzieć: praktycznie wszyscy) ma stały dostęp do Internetu. Tak naprawdę chyba stałe jesteśmy w trybie online: Internet w smartfonie czy na tablecie, które przecież ciągle nosimy przy sobie. Facebook, Instagram, Snapchat, Twitter i kilka innych portali społecznościowych czy aplikacji, o których nawet nie mam zielonego pojęcia. Ja osobiście korzystam tylko z FB i to na nim, a właściwie na zjawisku na Facebooku zaobserwowanym się dzisiaj skoncentruję.

Facebook ma to do siebie, ze oprócz zapraszania mnóstwa znajomych możemy między innymi:

  • dołączać do różnego rodzaju grup zrzeszających ludzi: o podobnych zainteresowaniach, sympatiach, antypatiach, poglądach zbieżnych z naszymi;
  • Obserwować ludzi bardziej lub mniej znanych, tak zwanych celebrytów sławnych dlatego „że są sławni” lub prawdziwe gwiazdy na ich oficjalnych fanpage’ach.
  • czytać wątki, szukać rad lub samemu doradzać na grupach dyskusyjnych dotyczących praktycznie każdego możliwego tematu czy problemu.

Korzystam z trzech powyższych funkcji owego portalu społecznościowego i zauważyłam, zwłaszcza na różnego rodzaju grupach, że wiele kobiet stało się nowym rodzajem kobiet: matką Polką fejsbukową. Po czym rozpoznaję taki typ kobiet – matek?

  • Zaczyna się od komentowania. Szeroko pojętego komentowania wszystkiego. „Bo koleżanka/ sąsiadka/pani przypadkowo mijana na ulicy to: źle ubrała swoje dziecko.. Założyła czapkę, albo jej nie wzięła. Za wcześnie albo za późno zaczęła rozszerzać dietę. Karmi tylko mlekiem modyfikowanych lub za długo przystawia do piersi. Sadza małe dziecko przed telewizorem, a z drugiej strony za długo izoluje dziecko od technologii. Źle, że podaje gotowe słoiczki, ale BLW przecież nie jest bezpieczne! Zostawiła noworodka z babcia, a sama wyszła do koleżanki. Zaglądamy do wózka, do jadalni, salonu, książeczki szczepień innych. Obgadujemy inne mamy na forach czy grupach internetowych, nadajemy sobie prawo do komentowania, a wręcz krytykowania innych.
  • Radzimy, uważając się za znawczynie każdego możliwego tematu. Wystarczy, że jedna osoba zada pytanie dotyczące wychowania bądź opieki nad dzieckiem, a zaraz znajdzie sie mnóstwo rad. Dobrych, złych, ale też komentarzy że jak można tego nie wiedzieć. Ostatnio często też pojawiają sie niestety „gównoburze”, gdzie na zwykłe pytanie inni odpowiadają ironicznie lub aż szukając okazji do wywołania potyczek słownych. „Co z ciebie za matka, że tak robisz?!” „Przecież to chore!”
  • Zazdrościmy, oceniamy. Tutaj poruszę temat popularnej ostatnio pani Anny Lewandowskiej. Przynajmniej raz dziennie na portalach informacyjnych lub w grupach dyskusyjnych na FB natrafiam na wzmiankę o Annie Lewandowskiej: że ma wózek w cenie niezłej kawalerki, że była na meczu męża (A kto został z dzieckiem? To nie karmi piersią?), że przez jej zdjęcia miesiąc po porodzie kobiety wpadają w depresję, że źle nosi Klarę w nosidle, że pojechała na wczasy.

A ja sobie myślę tak: może zajmijmy się swoimi dziećmi w swoich wózkach, nosidłach czy chustach. Dowiadujmy się, czytajmy, pytajmy i radźmy, ale Z ŻYCZLIWOŚCIĄ, a nie pogardą i sarkazmem. Nie oceniajmy, nie krytykujmy. Każda z nas stara się być jak najlepszą matką i jeżeli tylko pozwalają jej na to fundusze i możliwości, chce dziecku dać to, co najlepsze, podążając jednocześnie za trendami. Z drugiej jednak strony, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, wiele rzeczy robimy intuicyjnie nie posiadając monopolu na wiedzę i (co NORMALNE!) popełniamy błędy. Każda z nas popełni nie jeden, nie dwa, a mnóstwo błędów.  Każda z nas, mimo ogromu miłości do dziecka oraz zaangażowania pragnie, ale przede wszystkim POTRZEBUJE chwili oddechu w samotności lub tylko z mężem. I potrzebuje oraz powinna zadbać o siebie, by móc z radością realizować się jako matka i żona.

Nie oceniajmy, nie krytykujmy i nie oczerniamy innych matek. Żadna z nas nie jest idealna, a my nie siedzimy w skórze drugiej kobiety żeby poznać motywy jej postępowania, model wychowania czy stan psychiczny, w jakim się znajduje, jak również wiedzę, jaka posiada i jaką przekazuje najbliższe środowisko (a z tym bywa baaaardzo różnie). Nie uważajmy się za wszechwiedzące tylko dlatego, że w Internecie piszą to czy tamto. Posiadanie dziecka również nie czyni nas od razu ekspertkami od wychowania i opieki. Więc zanim coś do kogoś lub o kimś powiemy to warto zastanowić się, jak my byśmy na taką opinię o sobie zareagowały. A czasem najlepiej po prostu skoncentrować się swoim wózku, by SOBIE nie mieć nic do zarzucenia.

Znam

Tekst w całości zaczerpnięty z Matki Prezesa. Ale jaki prawdziwy!

>>http://matkaprezesa.pl/2017/05/znam.html<<

 

„W gruncie rzeczy jestem szczęściarą. Nie miałam większych problemów z zajściem w ciąże i nie musiałam pokonywać emocjonalnego Mount Everestu w klinice niepłodności dążąc do zapłodnienia. Ale są dni kiedy patrząc na moje dzieci, ich ciągłe “mamowanie” (gdzie w jednym przypadku zamiast “mamo” słyszę krzyk i to tak przeraźliwie wysoki, że dzwoni mi w największych zakamarkach mózgu) mam ochotę strzelić sobie w łeb. I choć miłości we mnie wiele, to chciałam Wam opowiedzieć historię pewnej Frustracji.

Znam taki moment w macierzyństwie, kiedy idąc drogą do sklepu, marzyłam o tym by potrącił mnie samochód. Nie tak, żebym poszybowała wiele metrów dalej roztrzaskując sobie łeb, ale tak, żebym dobę, lub dwie poleżała na obserwacji w szpitalu. Wtedy ten szpital mienił mi się jak SPA. Śpisz ile chcesz, posiłki przynoszą Ci do łóżka, nic nie musisz robić i nikt, kompletnie nikt nie wymaga od Ciebie ciągłej uwagi. Po prostu leżysz i odpoczywasz. Nawet z połamaną nogą.

Znam ten moment, kiedy z bezsilności potrząsasz wózkiem i masz ochotę wyjść i nie wrócić.

Znam ten moment, kiedy zastanawiasz się “no na cholerę mi to było?!”.

Znam ten moment, kiedy z niewyspania mówisz rzeczy, których normalnie byś nie powiedziała, kiedy trzeźwiejąc masz takie wyrzuty sumienia jak stąd na Marsa i zdajesz sobie sprawę z tego co się dzieje w głowie przeciętnej kobiety, kiedy już nie ma siły. Tak po prostu nie ma.

Zna ten moment, kiedy siedzisz na podłodze i płaczesz, płaczesz z bezsilności, bo nie dajesz sobie rady, a obowiązki rodzicielsko-domowe przerosły Cię o wiele, wiele metrów. Czujesz się wtedy jak Smerf w krainie olbrzymów.

Znam. Naprawdę.

Znam ten moment kiedy krzyczysz, krzyczysz tak głośno, że słychać Cię w promilu 20 kilometrów i nie zważając na to co pomyślą sobie o Was sąsiedzi …

Znam ten moment, kiedy nie chce Ci się gotować, wciskasz dziecku kanapkę w ręce, a przy najbardziej skrajnym lenistwie prosisz by posilił się jakimś jogurtem, lub czymkolwiek, nie zwracasz uwagi na to, że właśnie spałaszował batona. Ale nigdy się nikomu do tego nie przyznajesz.

Znam ten moment, kiedy idziesz do pracy w podskokach, bo 8 godzin wśród ludzi jest dla Ciebie największą nagrodą w życiu, nawet kosztem wstawania po godzinie 4.

Znam ten moment, kiedy uważasz się za najgorszą matkę świata i uważasz, że wszyscy wokół Ciebie są ideałami z poradników rodzicielskich i słodkich reklam. Idealny rodzic jest tak samo realny jak orgazm przy porodzie. Pamiętaj.

Znam ten moment, kiedy po 20 “mamo” wypowiedzianym w przeciągu 3 minut krzyczysz “sramo!” a szeptem dodajesz “kurwa jego mać”.

Znam ten moment, kiedy masz ochotę zamknąć dziecko w jednym pomieszczeniu na klucz, nałożyć słuchawki na uszy i w spokoju, samotnie się po prostu wysrać.

 

Znam. Bo jestem mamą. Taką jak Ty.”

Nie noś – przyzwyczaisz!

– „Nie noś, bo przyzwyczaisz!”

– „Usypiasz na rękach?!”

– „Nie reaguj od razu na płacz, dziecko musi popłakać.”

– „Zostaw, niech samo poleży (zajmie się sobą)”

To tylko przykłady złotych „porad”, z którymi jako młoda mama miałam okazję się spotkać. Wiele osób zwracało mi uwagę, że za często noszę Juniora na rękach (bo przyzwyczaję i nic nie będę mogła zrobić w domu), że gdy tylko usłyszę Jego płacz czy kwilenie – rzucam wszystko i reaguję sprawdzając, co się dzieje; że nie lubię, gdy sam leży w łóżeczku/na łóżku tylko staram się zagadać lub zająć zabawkami, książkami lub innymi gadżetami. Każdy argumentował to tym, że dziecko się przyzwyczai, musi popłakać, samo sobie poleżeć w łóżeczku i tam też powinno spać, a i oczywiście częste noszenie spowoduje, że będę musiała ciągle nosić Małego. A ja pokornie słuchałam rad, czasem odpowiedziałam milczącym uśmiechem, czasem jakąś krótką ripostą. A i tak swoje wiem.

* Noszę swoje dziecko często. Nie tylko do odbicia i wtedy, gdy płacze. Także wtedy, gdy mam na to ochotę (a zdarza się to często!). Czemu to robię? Z wielu powodów – przede wszystkim dlatego, że mnie (!) sprawia to przyjemność i pogłębia matczyną więź. Chcę, aby moje dziecko wiedziało, że jest dla mnie ważne, kochane przeze mnie i by było blisko. Mój „egzemplarz”, kiedy jest znudzony noszeniem lub ma dość, dobitnie o tym poinformuje 🙂 A dziecko tego potrzebuje – w końcu z wyższej perspektywy świat wygląda lepiej, a poza tym ten mały człowiek również potrzebuje czułości i bliskości. W myślach jeszcze sobie powtarzam: że jak nie teraz nosić to kiedy? Niepostrzeżenie przyjdzie czas, kiedy dziecko powie „Mamo, nie rób mi wstydu” „Sam pójdę” „Nie całuj mnie przy znajomych”. Ten czas, kiedy bezstresowo mogę okazywać czułość i bliskość nie będzie trwał wiecznie i chcę z niego maksymalnie skorzystać teraz!

* Na płacz mojego dziecko reaguję natychmiastowo! Przede wszystkim z tego powodu, że moje dziecko nie płacze często, a jak już to robi to zasadniczo ma ku temu powody. Płacz dla niemowląt jest jedynym sposobem, aby zakomunikować rodzicom i całemu światu, że jest mu źle, coś niedobrego się dzieje lub że czuje się samotnie. A ja i tata jako opiekunowie jesteśmy pierwszymi osobami, które powinny na to wołanie o pomoc zareagować. Kiedy jesteś smutny. coś Cię boli lub gdy Twoje potrzeby są niezaspokojone i jesteś nieszczęśliwy – oczekujesz wsparcia od najbliższych. Czemu zatem tego wsparcia mam pozbawiać najbliższej mi osoby, która dodatkowo nie powie, co się dzieje? Naukowcy odkryli, że długotrwały płacz dziecka może bardzo negatywnie wpłynąć na jego rozwój mózgu. Począwszy od braku nawiązania więzi rodzic-dziecko (jak można nawiązać więź z kimś, kto mnie ignoruje, gdy wołam o pomoc?) poprzez zaburzenia w rozwoju intelektualnym i społecznym. Ciągły płacz = wzrost poziomu kortyzolu = zmiany w strukturze mózgu (zablokowanie możliwości tworzenia się połączeń między neuronami; zaburzenia rytmu serca; wzrost ciśnienia krwi w mózgu; zaburzenia snu). Dodatkowo dzieci pozostawione „do wypłakania” mogą mieć niższy poziom inteligencji, narażone są na ADHD oraz choroby serca, astmę i dolegliwości układu pokarmowego. Nie wspominając także o problemach społecznych z nawiązywaniem kontaktów czy niską samooceną.* Czy to wystarczające powody, aby od razu reagować na płacz mojego dziecka?

*Syna usypiamy na rękach, a śpi w naszym pokoju (ale w swoim łóżeczku). Po pierwsze, ostatnio z usypianiem mamy problem i noszenie oraz kołysanie to jedyna praktycznie metoda na przyjście snu Juniora. Czasem nie powiem, jest to uciążliwe i męczące. Ale czy zostawiliśmy go kiedyś, by usnął sam? – odpowiedź brzmi nie. Uzasadnienie jest napisane wyżej. Dwa: ostatnio znalazłam ciekawy tekst, publikowany zresztą na moim fanpage’u, który dobrze odzwierciedla moje podejście do tematu:

Jesteś w ciemnym pokoju. Boisz się, jak w horrorze. Wiesz, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Wołasz go. Nie reaguje. Wołasz jeszcze raz, brak reakcji. Boisz się jeszcze bardziej. Wołasz o pomoc. Nikt nie przychodzi. Wołasz bardzo długo. W końcu ktoś Cię przytula, ale znowu zostajesz sam. Boisz się jeszcze bardziej. Znowu wołasz o pomoc. Wydaje Ci się, że to trwa wieczność.

Co robisz dalej? Jak się czujesz?
Pewnie usłyszycie milion logicznych odpowiedzi.
A rozwiązaniem jest „zasypiasz”….

Taką zagadkę możecie zadać kolejnej osobie która opowie wam o wypłakiwaniu.
O wypłakiwaniu dziecka przed snem…”

Autor MARIA DUDA

* Staram się zająć moje dziecko bardzo często – czy to zabawkami, książeczkami, rozmową czy śpiewem. A nawet, jak się bawi sam – co jakiś czas podchodzę i zagaduję. Przede wszystkim staram się dbać o jego rozwój intelektualny i rozwojowy. Jako, że jest wcześniakiem staram się stymulować jego rozwój poprzez różnego rodzaju bodźce (starając się oczywiście przy tym zachować zdrowy rozsądek!). Poza tym zabawa z dzieckiem mnie także sprawia dużo radości, dzięki której staram się budować wspólną więź, nawiązywać kontakt i dać do zrozumienia już od teraz, że jestem do dyspozycji dziecka. Robię to również z tego powodu, by nikt (ale również ja sama czy w przyszłości moje własne prywatne dziecko) nie zarzucił mi, że w jakiejkolwiek sferze zaniedbałam jego rozwój, zignorowałam potrzeby lub negatywnie wpłynęłam na naukę. Chcę mieć przeświadczenie, iż zrobiłam to, co najlepsze dla harmonijnego i zdrowego dojrzewania poznawczego, rozwojowego i intelektualnego. Że w żadnym momencie nie „odpuściłam”, nie zignorowałam potrzeb tego małego człowieka.

__________

* informacje zaczerpnięte z http://dziecisawazne.pl/dlugotrwaly-placz/

Dieta matki karmiącej

Jednym z dylematów, z jakim spotykają się młode mamy karmiące swojego potomka piersią jest osławiona już dieta matki karmiącej. Już podczas ciąży słyszymy od rodziny /krewnych /przyjaciół /znajomych / a nawet od lekarzy pediatrów, że przy karmieniu piersią obowiązuje nas ścisła dieta. Musimy uważać na alergeny (a trochę ich jest: nabiał, pomidory, cytrusy, czekolada, orzechy, truskawki to tylko część z nich), wyeliminować potrawy smażone, mocno doprawione (zwłaszcza ostre), fast foody i napoje gazowane w żadnym wypadku nie wchodzą w grę; część warzyw i owoców też znajduje się na czarnej liście: brokuły, czosnek, cebula, fasola, kalafior. Co więcej, niektórzy na początku naszej przygody z karmieniem odradzają również spożywanie surowych warzyw i owoców (sic!). Sama doświadczyłam tego, że neonatolodzy z dwóch niezależnych szpitali kazali zastosować rygorystyczną dietę: owoce i warzywa tylko po obróbce – oczywiście tylko polskie sezonowe – żadnych wzdymających, nic smażonego, nabiał w minimalnych ilościach, wstrzymanie się z alergenami. Pierwsze dwa miesiące życia Juniora funkcjonowałam na przysłowiowym kurczaku na parze, ryżu oraz marchewce w różnej postaci :), a z owoców tylko na jabłkach na parze. Na szczęście później trafiłam na sympatyczną pielęgniarkę z bardziej współczesną wiedzą oraz na kilka artykułów w Internecie, dzięki czemu w końcu mogłam smacznie zjeść i cieszyć się z karmienia Juniora swoim mlekiem! 🙂

Najważniejsze, co musimy zapamiętać w tym temacie to fakt, że NIE MA DIETY MATKI KARMIĄCEJ! Mleko matki powstaje nie z treści żołądkowej, a z krwi >>jak powstaje mleko?<<, dlatego też to, co kobieta zje (nie licząc alergenów, ale to trochę inna historia), nie ma bezpośredniego wpływu na bóle brzuszka czy kolki lub wzdęcia u dziecka. Dieta matki karmiącej powinna być taka sama, jak każdego dbającego o zdrowie człowieka: czyli urozmaicona, bogata w witaminy i składniki mineralne, racjonalna i zdrowa.

* Owoce i warzywa jak najbardziej powinny znaleźć się w naszej diecie. Są one niezastąpionym źródłem cennych witamin oraz błonnika, a przecież lepiej je przyjmować w postaci naturalnej, a nie za pomocą suplementacji tabletkami, prawda? 🙂 Zawsze najlepiej wybierać nasze polskie owoce i warzywa (oraz te sezonowe). Jeśli chodzi o alergeny (m.in. pomidory, cytrusy, truskawki) najlepszą metodą jest racjonalne ich spożywanie i obserwacja swojego Juniora – jeśli tylko zauważymy zmiany skórne lub dolegliwości żołądkowe mogące świadczyć o alergii, wtedy możemy czasowo wyeliminować dany produkt i za jakiś czas ponowić próbę.

* wzdymające warzywa i przyprawy, napoje gazowane – mogą doprowadzić do wzdęć i dyskomfortu, ale wyłącznie matkę karmiącą, a nie dziecko. Brokuły czy kapusta zadziałają tylko na nasz układ pokarmowy, a nie malucha. „Wzdęcie to zjawisko powstające w jelitach mamy, pod wpływem fermentujących niestrawionych frakcji błonnika pokarmowego. Efekt wzdymający dotyczy więc jelit matki i nie ma żadnego powodu, żeby przedostał się do krwiobiegu a później do mleka. Podobnie jak nie mogą się tam przedostać bąbelki powietrza z gazowanej” (źródło).

* potrawy smażone nie są wskazane nie tylko dla matki karmiącej, ale dla każdego z nas ze względu na utratę przy smażeniu wielu cennych minerałów i witamin oraz dużą zawartość tłuszczu i szkodliwych substancji mogących skutkować dolegliwościami układu sercowo-naczyniowego. (źródło) Oczywiście tutaj (jak we wszystkim) potrzebny jest umiar – w końcu od jednorazowej porcji schabowego lub frytek nie dostaniemy miażdżycy 🙂

*mleko i nabiał są jak najbardziej potrzebne dla kobiety karmiącej ze względu na zawartość wapnia oraz witaminy D3. Wyeliminowanie go i brak suplementacji podczas karmienia może skutkować niedoborem witamin i minerałów u matki, co oznaczać może w przyszłości problemy z osteoporozą, zębami i kośćmi. W końcu nasz organizm musi się dzielić wszelkimi dobrami z Maluchem. Zatem jeżeli jakichkolwiek mikro i makroelementów, witamin czy minerałów nie dostarczymy sobie w pożywieniu lub suplementacją – ta znikoma ilość, którą gromadzimy w swojej krwi – przedostanie się do mleka dla dziecka. A u nas wystąpi niedobór mogący mieć poważne konsekwencje.

* alergeny – czyli między innymi kakao, pomidory, mleko, jaja, cytrusy,truskawki, soja, orzechy i wiele, wiele innych. Zgodnie ze współczesną wiedzą na ten temat, nie ma potrzeby eliminowania „na wszelki wypadek” potencjalnie alergizujących potraw (źródło). Odstawienie uczulających produktów ma sens wyłącznie wtedy, kiedy mama karmiąca sama ma alergię na dany pokarm lub gdy wystąpi wyraźna reakcja związana z alergią lub nietolerancją (objawy zarówno ze strony układu immunologicznego, tj. wysypka, sucha skóra; jak i układu pokarmowego, czyli biegunki, bolący brzuszek). (Tutaj pozwolę sobie na osobistą uwagę – jeżeli nasze Maleństwo ma problemy brzuszkowe: ulewania, kolki, gazy lub niepokojące wypróżnienia – które to objawy skonsultujecie z pediatrą, to w wielu przypadkach otrzymacie zalecenie, by odstawić mleko i inne produkty zawierające laktozę. Niestety to ostatnio na wyrost stawiana diagnoza, często również bez większego poparcia w badaniach, a jedynie na podstawie – niejednokrotnie okrojonego – wywiadu. Czy warto się do tych zaleceń eliminacyjnych dostosować, a może skonsultować z innym lekarzem lub podać na własną rękę laktazę – tutaj decyzja musi już być podjęta we własnym zakresie – ja póki co jestem na diecie bezmlecznej – tam, gdzie to możliwe mleko zostało wyeliminowane – da się żyć, co więcej nawet zjeść smacznie :)) Ja osobiście produkty alergizujące wprowadzałam w swojej diecie po kolei i stopniowo (z kilkudniową przerwą), by w razie wystąpienia jakichkolwiek niepokojących objawów móc stwierdzić, co jest tego przyczyną.

To, o czym musimy pamiętać i czego unikać podczas karmienia piersią lub karmienia piersią inaczej (o kpi pisałam tutaj) to na pewno:

  • wszelkie używki, czyli papierosy, alkohol i narkotyki – substancje w nich zawarte jak najbardziej przechodzą do krwi, a potem do pokarmu. Czyli dziecko wraz z mlekiem niestety również to, co złe otrzyma. Co do picia alkoholu opinie są różne i niektórzy twierdzą, że niewielką ilość można. Ja jednak stanowczo mówię „NIE” każdej ilości procentów.
  • kofeina – jej nie musimy odstawiać całkowicie, natomiast ograniczyć jej spożywanie. Jedna czy dwie słabe filiżanki kawy z mlekiem nie powinny zaszkodzić. Natomiast pamiętajmy, że kofeina zawarta jest także w herbacie, czekoladzie oraz czy napojach energetycznych, których też powinniśmy unikać.
  • żywność wysoko przetworzona czyli wszystko to, co posiada bardzo bogaty skład, mnóstwo ulepszaczy, konserwantów i sztucznych barwników (zupki chińskie, napoje energetyczne, gotowe dania do mikrofalówki). To zarówno nam, jak i maluchowi nie wyjdzie na zdrowie.
  • fast foody – okazjonalnie zjedzenie czegoś  w budki na mieście czy z McDonalda nie zaszkodzi. Aczkolwiek jedzenie to nie posiada wielu wartości odżywczych, a co najwyżej puste kalorie, mnóstwo tłuszczu, a i świeżość jest czasem wątpliwa. Więc czy warto?

Konkludując ten wpis, najważniejsze, o czym powinniśmy pamiętać to fakt, że nie ma diety matki karmiącej – we wszystkim powinniśmy zachować umiar oraz przede wszystkim obserwować siebie i dziecko po karmieniu. Jeśli jakieś objawy nas niepokoją – wtedy warto skonsultować się z pediatrą i zastanowić się nad doraźną pomocą (ograniczeniem, eliminacją pewnych produktów lub wspomaganiem lekami). A tym czasem pozostaje cieszyć się z macierzyństwa i nie katować się drakońskimi dietami, fundując sobie tym samym niedobory witamin, minerałów. Bo szczęśliwa (i najedzona!) mama to szczęśliwe dziecko 🙂

Źródła:

  1. http://femaltiker.pl/dieta-mamy/dieta-mamy/
  2. http://www.hafija.pl/2013/08/dieta-mamy-karmiacej-piersiajedz-co-chcesz-obalamy-mity.html

Karmienie piersią inaczej

Przez dziewięć miesięcy (przy optymalnym scenariuszu) nosisz pod sercem swoje ukochane dziecię borykając się z większymi lub mniejszymi dolegliwościami ciążowymi. Planujesz wszystko: wystrój pokoju, ustawienie mebli, całą wyprawkę niemowlęcą oraz oczywiście sposób karmienia potomka. Znajdujesz się w szpitalu na porodówce, by po wszystkim przynieśli Ci Twoje małe szczęście, kontakt „skóra do skóry” i pierwsze dostawienie. Mały „zassał”, złapał pierś – super: wie, o co chodzi – teraz już wszystko pójdzie z górki – wrócisz do domu i zacznie się istna, wymarzona sielanka. Chwila, moment – a co w sytuacji, kiedy dziecię nie ma możliwości (bądź umiejętności) złapania piersi (bo jest wcześniakiem/ musi być naświetlany przez żółtaczkę /pojawiły się powikłania poporodowe /Twoje brodawki są za duże/zbyt wklęsłe/nieodpowiednie, /trafił Ci się mały „leniuszek”, który nie ma siły się pożywić)  i żadne próby dostawiania wszystkimi możliwymi pozycjami, pomoc położnych lub/i CDL (Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego) nie skutkują, bądź z różnych, znanych tylko Tobie przyczyn nie chcesz dostawienia dziecka? Z tej trudnej, wręcz wprawiającej w depresję świeżo upieczoną Mamę sytuacji jest kilka rozwiązań.

  • próbujesz, próbujesz, i jeszcze raz próbujesz. Kolejne spotkania z CDL. I jeszcze jedno. Kapturki, najpierw jednej firmy, potem drugiej. Dostawiasz kolejny raz z rzędu. Najpierw zwyczajnie, potem w innej pozycji. I jeszcze raz. Dziecko płacze, Ty razem z nim. I próbujesz po raz kolejny… Pomoc osób wykwalifikowanych nie pomaga, ewentualnie nie otrzymujesz wystarczających porad od położnej/ doradcy laktacyjnego/ pediatry. Maluch nie chce, nie potrafi załapać. Próbujesz ponownie… i wpadasz w coraz większą depresję.
  • podajesz mleko modyfikowane. Nie masz siły walczyć. Siły, chęci, motywacji – Twój wybór. Ale mimo wszystko gdzieś w środku czujesz, że przegrałaś, że coś Ci zabrano. W końcu to niby takie oczywiste i naturalne – karmienie piersią. Zwłaszcza, że teraz chyba nastał swoistego rodzaju terror laktacyjny „Nie karmisz – jesteś złą matką!” Wiele osób wręcz piętnuje matki, które nie mogą (lub nie chcą) karmić piersią i decydują się na podanie mm. Wszyscy potrafią wymienić zalety karmienia piersią i tak wiele wad karmienia butelką i mlekiem modyfikowanym.
  • Ostatnim rozwiązaniem jest, coraz bardziej rozpowszechnione ostatnio – karmienie piersią inaczej. Nie chcesz podawać mleka modyfikowanego, ale dziecko nie potrafi samo się pożywić z Twoich piersi.

Karmienie piersią inaczej (w skrócie KPI) to nic innego, jak karmienie swojego prywatnego dziecka własnym odciągniętym mlekiem (lub mlekiem innej kobiety) za pomocą butelki (lub strzykawki, lub kubeczka, lub SNS). W każdym razie maluch dostaje Twoje mleko, czyli to, co możesz mu dać najlepsze! Brzmi ciekawie? Jako, że sama stałam się mamą KPI (już piąty miesiąc!), powiem Ci teraz, o co w tym wszystkim chodzi.

Zasadniczo sprawa wygląda tak, że kiedy już zdecydowałaś się na alternatywne karmienie piersią, to Twoim najlepszym przyjacielem (jak również największym wrogiem) staje się laktator. Ręczny, elektryczny, pojedynczy lub podwójny – tutaj panuje duża dowolność i wybór na rynku. Niestety do swojego przyjaciela jesteś uwiązana. I to dosłownie.

Niestety nie jest to prosta sprawa. Ja co prawda znalazłam się w takiej sytuacji, że przez pierwsze dwa miesiące Junior był w szpitalu, ja nad laktacją walczyłam w domu (lub w szpitalu odciągałam) i dowoziłam pokarm. Po wypisie ze szpitala dopiero zaczęła się „jazda bez trzymanki”. Aby laktacja właściwie się „rozhulała” by mleka starczyło w późniejszym etapie dorastania Juniora, powinnaś zająć się odciąganiem mleka minimum (!) 8 razy na dobę w odstępach co 3 godziny. W sumie to samo, co byś karmiła piersią, w końcu dziecko tak często (albo częściej) na początku je. I tak – w nocy też trzeba się poświęcić i wstać na zabawę z laktatorem. Najlepiej ok. 15 minut na jedną stronę. Czyli pół godziny na sesję. Plus wymycie butelki i laktatora. W międzyczasie nie zapomnij, że Twoje dziecko trzeba przewinąć i nakarmić. Dobrze by było się jeszcze zdrzemnąć w międzyczasie. I chwilę odpocząć! 🙂

Zaplanowanie dłuższego wyjścia na spacer, zakupy, do znajomych czy rodziny, a nawet zaplanowane wizyty gościnne u Ciebie kończą się na myśleniu „Czy zdążę z odciągnięciem?”. I wiele mam KPI wszędzie na dłuższe wypady z domu zabiera ze sobą laktator. A podróż z całym sprzętem i ogarnięcie tego logistycznie nie zawsze jest wygodne. Wiadomo, jak raz zdarzy się dłuższa przerwa – nic nie powinno się stać. U niektórych mam niestety nawet jedno, dwa przesunięcia kończą się na walce przez kolejne dni, by poziom laktacji powrócił do odpowiedniego poziomu. Bo niestety zmniejszenie ilości odciągnięć powodu zmniejszenie mleka, a w rezultacie nawet koniec laktacji… A obsługę laktatora opanowałaś do perfekcji także w różnych dziwnych miejscach i pozycjach (między innymi w samochodzie:) )

Są oczywiście plusy takiego rozwiązania. Przede wszystkim:

  • dajesz dziecku swoje mleko czyli to, co jest dla niego najbardziej potrzebne zwłaszcza na początku rozwoju. Znaczenie zdrowotne i rozwojowe mleka kobiecego jest naukowo udowodnione >>klik<<. Zwłaszcza, kiedy mamy obecnie laktacyjny terror z wielu stron czujesz, że robisz coś ważnego dla siebie i swojego maleństwa,
  • możesz kontrolować przyjmowane przez swoje dziecko porcje mleka (co jest szczególnie ważne przy wcześniakach i hipotrofii). Kiedy dziecko nie przybiera, też istotne jest monitorowanie, ile dziecko zjada.
  • w przypadku, gdy chcesz gdzieś wyjść na dłużej /sama bez dziecka, nie martwisz się o to, czy i co dziecko zje – tata, Twoja mama/ teściowa lub ktokolwiek inny z rodziny dostanie od Ciebie butlę z mlekiem, a Ty możesz udać się zarówno na krótkie zakupy, jak i na dłuższą wyprawę poza dom. Wygodne i bezstresowe 🙂

I chyba na tym zalety karmienia piersią inaczej się kończą. A wady?

  • wybór alternatywnego karmienia dziecka nie jest rozwiązaniem tanim. Trzeba zainwestować w dobry laktator – ręczny raczej odpada na dłuższą metę. Przede wszystkim ze względu na czas i siły (choć oczywiście są kobiety, które na ręcznych laktatorach „ciągną” miesiącami – podziwiam!!). A dobry, cichy i optymalnie podwójny laktator to wydatek sięgający kilkuset złotych. Oczywiście jest to inwestycja, która w dużej mierze ułatwi nam późniejsze funkcjonowanie w drodze przez KPI (cisza i zaoszczędzony czas są dość dużym i cennym komfortem). Dodatkowo kupno i wymiana butelek oraz części do laktatora, które też się zużywają. Plus mycie po każdym użyciu, prąd podczas odciągania (jeżeli mówimy o laktatorze elektrycznym). Jeżeli chcemy postawić na jeszcze większą wygodę, dochodzi gorset do ściągania pokarmu (aby mieć wolne ręce). I dodatkowe koszty generowane.
  • przy KPI jest większa możliwość kryzysów laktacyjnych oraz zastojów. Laktator nie jest naszym prywatnym i ukochanym ssakiem, który opróżni pierś do końca, co powodować może zastój i/lub zapalenie piersi. A kryzysy laktacyjne? Zapotrzebowanie potomka na pokarm jest różne – raz zjada więcej, raz mniej w zależności od dnia czy skoku rozwojowego. A laktatorem nie jest tak prosto unormować laktację oraz zwiększyć ilość mleka. A co w momencie, kiedy dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna domagać się więcej i więcej, a nam pokarmu nie chce przybyć? Wtedy zaczyna się ogromna i zarazem stresująca walka o każdą kroplę mleka, suplementacja różnymi środkami ziołowymi bądź farmakologicznymi, dodatkowe sesje z „przyjacielem” laktatorem, jeszcze więcej czasu na sesje. I presja połączona ze stresem, czy tego wszystkiego wystarczy na kolejne karmienie.
  • kolejną wadą jest czas. A właściwie brak czasu. Na cokolwiek innego. Całe swoje funkcjonowanie podporządkowujesz sesjom z laktatorem. Jeżeli chcesz na dobrym poziomie utrzymać laktację, to powinnaś systematycznie co ok. 3 godziny odciągać pokarm. I nie ma to tamto. Rzucasz sprzątanie, gotowanie obiadu, wyjście na spacer czy sen na rzecz randki z laktatorem. I półgodzinna sesja podczas, gdy normalnie mogłabyś podszykować posiłek, pobawić się z dzieckiem lub udać się na upragnioną drzemkę. To samo dzieje się w nocy – zamiast smacznie spać obok dziecka/męża/narzeczonego/chłopaka co trzy – maksymalnie cztery godziny słyszysz dźwięk budzika i udajesz się do pokoju obok, by zapełnić butelki. I walczysz o każdą kroplę, nieraz ze łzami w oczach i rezygnacją. Dodatkowo kolejne minuty na umycie, wysuszenie i schowanie sprzętu. Mnie KPI dziennie zajmuje ok. 4 godzin. 4 godziny wyjęte z doby, które chciałabyś przeznaczyć na całkiem co innego. A Ty jesteś uwiązana do sprzętu laktacyjnego. A każde dalsze wyjście lub wyjazd jest związane z zabieraniem ze sobą całego sprzętu i szukaniu sposobności na odciąganie. Lub ze stresem, że będziesz miała poślizg o kolejne minuty/ godziny.
  • największymi wadami karmienia piersią inaczej są ciągłe wyrzuty sumienia. O brak czasu – dla dziecka, swojej drugiej połówki, dla siebie. O to, że nie realizujesz się jako żona (partnerka) i matka. Bo nie poświęcasz wystarczającej uwagi najważniejszym dla siebie osobom. Nie wyrabiasz się z niczym. O to, że zamiast bawić się ze swoim dzieckiem, starasz się go zająć lub uspokoić, by w miarę bezstresowo móc odciągnąć pokarm, a przy tym zdążyć z resztą obowiązków. Wyrzuty sumienia, że nie udało Ci się karmić „normalnie”. Laktator stał się teoretycznie Twoim „przyjacielem”, ale w praktyce to Twój największy wróg, którego najchętniej kilka razy dziennie masz ochotę trzasnąć o podłogę lub wyrzucić przez okno z poczuciem, że to jemu poświęcasz więcej uwagi niż dziecku. O to, że nie cieszysz się z macierzyństwa w 100%, bo tracisz te cenne i niepowtarzalne chwile, których już się nie da odzyskać. I więź, która przecież budowana jest już od samego początku, a Tobie to wszystko gdzieś umyka pomiędzy kolejnymi odciągnięciami.

Karmienie piersią inaczej to ogromne wyzwanie i wyrzeczenie, jak również bardzo ciężka praca po to, aby dać dziecku to, co najcenniejsze. I chylę nisko czoło przed kobietami, które decydują się na ten krok i trwają w tym miesiącami, a nawet latami. Należą Wam się wielkie brawa i ogromny szacunek!

 

Na podstawie:

  1. http://www.mlekiemmamy.org/plusy-i-minusy-kpi/

 

Nie będę idealną matką…

 

Nie jestem i nie będę matką idealną. Wszystko nawet zaczęło się nie tak, jak być powinno, tak nieidealnie. Nie urodziłam naturalnie w terminie. Nie mieliśmy kontaktu „skóra do skóry”. Nie karmię piersią, tylko butelką. Czasem tracę cierpliwość i nie mam siły. Zdarza mi się czuć bezradność, niemoc i zmęczenie. Jak każdy człowiek robię błędy i przyszłość zapewne również będzie nimi usłana w większej lub mniejszej ilości. Czasem widzisz na mojej twarzy niezadowolenie czy grymas mówiący „mam dość”. Skarżę się niekiedy na kolejną nieprzespaną noc lub chroniczny brak czasu na cokolwiek.

Możliwe, że jestem i będę przewrażliwiona czy nadopiekuńcza. Bądź odwrotnie – na niektóre sprawy, które są w pewnym stopniu istotne – przymknę oko. Zapewne zdarzy mi się podnieść głos na dziecko bądź powiedzieć coś, co nie powinno paść z ust matki, a potem z wyrzutami sumienia przeproszę i będę rozpamiętywać przez najbliższe dni. Jest szansa, że zrobię coś wbrew ogólnym zasadom, zaleceniom czy radom (Ministerstwa Zdrowia, lekarzy, rodziny czy znajomych).

Niejednokrotnie zabraknie mi czasu, siły bądź ochoty, aby oddać się wspólnym rozrywkom czy zabawom i udam się wtedy do prostych rozwiązań typu telewizja bądź tablet. Nie wykluczam, że popełnię masę pomyłek wychowawczych i opiekuńczych. Jak również że zdarzy mi się zaniedbać bądź odpuścić w niektórych dziedzinach, obowiązkach domowych.

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem i nie będę rodzicem idealnym. Nie oznacza to jednak, że nie będę najlepszą wersję: siebie, żony i matki. Nie będę idealna, ale będę najlepsza, jaka potrafię. Zawsze będę próbować robić wszystko zgodnie z własnymi przekonaniami i intuicją, by dążyć do ideału.

 Junior

Czego nauczyło mnie macierzyństwo?

shoes-505471_1280

Każdy z nas ma swoje przeżycia czy doświadczenia, z których wyciąga pewne wnioski lub nauki. Stajemy się dzięki temu wewnętrznie bogatsi, mądrzejsi. Każda nowa sytuacja może zmienić nasze podejście do niektórych spraw, wzbogacić nas psychicznie i sprawić, że będziemy potrafili odnaleźć się w innej, nowej rzeczywistości.

Mimo, że Mamą jestem krótko, gdyż dopiero 2,5 miesiąca to już teraz wiem, że dzięki macierzyństwu mogę się wiele nauczyć.

– przede wszystkim w momencie urodzenia nagle przestajesz się liczyć „Ty”. Twoje jestestwo staje się dla Ciebie mało istotne. Ważna jest tylko ta mała, bezbronna Istotka, tak całkowicie od Ciebie zależna. Ból, rana po porodzie, okropne samopoczucie, brak sił i zmęczenie – to nie ma najmniejszego znaczenia. Jest nieważne. Liczy się On i robisz wszystko, by to Jemu było ciepło, wygodnie, dobrze. I żeby ten Mały Człowiek był szczęśliwy oraz zadowolony. Ty zapominasz, niekiedy nie masz czasu, siły lub chęci na zaspokojenie swoich, nawet tych podstawowych, potrzeb jak głód, sen czy pragnienie. Niejednokrotnie brakuje czasu na zjedzenie, wzięcie choćby szybkiego prysznica, nie wspomnę nawet o zrobieniu czegoś „dla siebie”. Czas dla Dziecka jednak się znajduje, wszystko wtedy przestaje być istotne.

– dopiero będąc rodzicem przekonujesz się, że przez długi czas można funkcjonować będąc zmęczonym i niewyspanym. Sen ok. 4-5 godzin z minimum jedną lub dwiema przerwami (u mnie około półtoragodzinnymi) uznajesz za ogromny luksus. I coraz bardziej doceniasz każdą chwilę, podczas której da Ci się zdrzemnąć i odpocząć. A czasem wybawieniem okazuje się nawet 15-20 minut 🙂 dopiero teraz rozumiem rady wielu osób mówiące o tym, by korzystać z chwili j odsypiać w momencie snu dziecka 🙂

-zostając Mamą odkrywasz, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia. Chyba nie da się inaczej opisać tego uczucia, gdy po raz pierwszy ujrzysz swoje dzieciątko. I praktycznie za każdym razem, gdy je obserwujesz (karmiąc, przewijając lub po prostu nosząc na rękach) odczuwasz tę błogą radość, spokój ducha i ogólną miłość i uwielbienie do Maleństwa. Nawet kolejna pobudka, zmęczenie i brak cierpliwości w takich momentach schodzą na drugi plan 🙂 Możesz się denerwować, złościć, irytować – te emocje są normalne – ale widok śpiącego dziecka lub jego uśmiech rekompensuje wszystkie negatywne myśli i odczucia. Wtedy znowu chce się żyć i człowiek ma wyrzuty sumienia, że jakiekolwiek czarne refleksje przechodzą przez głowę!

– mimo, że jestem dorosłą kobietą, to macierzyństwo nauczyło mnie, że cały ten „instynkt macierzyński” oraz płeć nie wystarczy, aby sobie ze wszystkim samej poradzić. Każdy zawsze mówił, że wszystko przy dziecku robi się intuicyjnie – w końcu kobiety już od najmłodszych lat są przygotowywane do funkcji matki: zabawkowe lalki, wózki, zabawy w dom (och, ileż to dni się spędziło na podwórkowej piaskownicy bawiąc się w Dom ;)). Gdy tylko na świat przyszło Maleństwo to rzeczywistość pokazała, że to jednak nie jest do końca tak, że intuicja pomaga! Owszem, z jednej strony wiedziałam, co trzeba zrobić, w jakiej kolejności. Natomiast techniczne wykonanie nawet najprostszych czynności (przewinięcie bądź nakarmienie butelką) było nie lada wyzwaniem zwłaszcza, że dochodził jeszcze ogromny stres, czy przez przypadek, niewiedzę lub nieuwagę nie zrobi się krzywdy! Więc jeżeli ktoś mi mówi, że „będę wiedziała, co robić” i „intuicja mi podpowie” to wiem, że (przynajmniej w moim przypadku) to tak nie działa.

– nauczyłam się także, że nie możemy od razu i definitywnie zakładać pewnych scenariuszy, gdyż życie (samo w sobie, a co mówić z takim Maleństwem) jest zaskakujące i nieprzewidywalne. W planach miałam karmienie piersią, jesienne spacery i czas na ogarnięcie wszystkiego: gotowania, sprzątania plus swoje małe przyjemności. I oczywiście od razu powrót do ćwiczeń i zrzucenie nadprogramowych kilogramów pozostałych po ciąży. Życie miało jednak napisany nieco inny scenariusz: pierwsze spacery zaczęły się odbywać późno, niestety karmimy butelką (moim pokarmem – laktator stał się moim sprzymierzeńcem), a czasu brakuje na prysznic i szybką kanapkę, nie wspomnę już nawet o prasowaniu na bieżąco! Nadprogramowe kilogramy na razie też pozostały, bo próby podjęcia aktywności fizycznej (ach, ta Chodakowska!) skończyły się na razie po dwóch dniach brakiem całkowitej siły na ponowne ćwiczenia. Na początku mój organizm jednak potrzebuje snu, a nie katowania się wysiłkiem i aktywnością. A szkoda 🙂 W każdym razie teraz wiem, że słowa „na pewno”, „zawsze” i „nigdy” w przypadku wychowania dzieci można śmiało wykreślić ze swojego słownika. My możemy wiele zakładać, ale życie (a czasami i nasi potomkowie) mają trochę inne plany 🙂

Zdaję sobie także sprawę, że tak naprawdę każdego dnia macierzyństwo uczy mnie wielu rzeczy, o których nawet sobie nie zdawałam sprawy: cierpliwości, pokory, opanowania. A przede wszystkim ogromnej odpowiedzialności – w końcu to my jesteśmy odpowiedzialni za tego Małego Człowieka, całkowicie bezbronnego, zależnego od nas i zdanego tylko na nas. Przytłaczająca odpowiedzialność, ale zarazem cudowne uczucie!

Macierzyństwo – rzeczywistość z Wcześniakiem

hand-1652159_640

Będąc w ciąży każda kobieta snuje plany na temat rzeczywistości tuż po porodzie. I skrupulatnie przygotowuje się do tego czasu: niektórzy rozpoczynają przygotowania już od momentu ujrzenia dwóch kresek na teście, inni czekają do odpowiedniego według siebie momentu. Kupowanie wyprawki, szykowanie pokoju i plany. Mnóstwo planów, jak będzie wyglądała codzienność – spacery, wspólne zabawy, przytulanie, mnóstwo odwiedzin zarówno w szpitalu, jak i po powrocie do domu. Wyobrażasz sobie i kupujesz mnóstwo ubranek w rozmiarach 56 lub 62, przeglądasz fora i opinie o każdym produkcie by wybrać to, co najlepszej jakości i polecane przez większość osób. Jeżeli dotrwałaś / dotrwasz do tego momentu i wszystko odbędzie się tak, jak zaplanowałaś – szczere gratulacje! Powiem Ci, jak wygląda rzeczywistość, kiedy Twoja ciąża skończy się nie ok. 38-40 tygodnia ciąży, a (niekiedy zdecydowanie) wcześniej. U mnie był to 31 tydzień, czyli dwa miesiące różnicy.

* Przede wszystkim jest to ogromny stres. Że zamiast dziewięciu miesięcy ciąży Ty mogłaś przechodzić w stanie błogosławionym na przykład tylko sześć albo siedem. Stres – bo nie jest to sytuacja normalna i codzienna. Nierzadko zagrażająca życiu lub zdrowiu – Twojemu lub Dzieciątka. Powinnaś jeszcze narzekać na opuchnięte stopy, ogromny brzuch i zadyszkę przy wchodzeniu po schodach, a tutaj musisz być w pełnej mobilizacji, bo okazuje się, że ciąża zostaje rozwiązana (lub musisz urodzić), a potem przebywać w szpitalu…

*… a pobyt w szpitalu nie kończy się, jak standardowo – po 3-4 dobach, Przynajmniej nie dla Twojego Wcześniaka. Tutaj wszystko zależy od stanu zdrowia, powikłań i tego, jakie zabiegi są konieczne. Ty wyjdziesz (jeśli nie było żadnych komplikacji) po tych kilku dniach. Natomiast Wcześniaki na oddziałach neonatologicznych (i niestety często również na Intensywnej Terapii) spędzają kilkanaście dni, tygodni, nawet miesięcy. Ty zamiast cieszyć się Maleństwem w  domu – codziennie lub w ramach możliwości co kilka dni odwiedzasz sale szpitalne. Do pierwszego dotknięcia, przytulenia czy wzięcia na rękach czasami mijają długie dni lub tygodnie, które ciągną się w nieskończoność. I każdy z tych dni wypierasz ze świadomości.

*Marzyło Ci się karmienie piersią, prawda? W końcu teraz głośno mówi się o korzyściach z karmienia piersią, zarówno dla dziecka, jak i dla matki. I tak jest rzeczywiście. Z tym, że przy Wcześniaku walczysz o każdą kroplę pokarmu. I to walczysz dosłownie. Nie ma obok Ciebie Twojego ssaka, który laktację nakręci, Ba… ciało nie zawsze jest w szóstym miesiącu ciąży przygotowane na karmienie! Musisz zawalczyć sama lub – przy odrobinie szczęścia z pomocą doradcy laktacyjnego. Z własnego doświadczenia mogę Ci powiedzieć, że walka jest bardzo trudna i wyczerpująca psychicznie, nierzadko towarzyszą jej łzy i ból wewnętrzny. Twoim największym „przyjacielem” staje się laktator, który w zastępstwie musi napędzić i utrzymać produkcję pokarmu, tak cennego dla Maleństwa. Bo przecież masz nadzieję, że jeszcze uda Wam się karmić naturalnie. A to też potrwa. O ile w ogóle się uda. A to zależne od Ciebie, ale też od rozwoju Dziecka, jego dojrzałości i gotowości. I pytanie, czy się nie zniechęcisz po kolejnych (nieudanych) próbach.

*Wyprawka dla dziecka. W moim przypadku wyprawkę dopiero zaczęłam kompletować. Jedyne, co to łóżeczko było kupione i wyposażenie z apteki. Kilka sztuk ubranek. Ale to i tak niepotrzebnie… Przy wcześniaku zapomnij o standardowych body czy pajacykach. Zanim znajdziesz coś, co będzie pasowało, czasem musisz odjechać pół miasta, aby się udało. Rozmiar 56 – najczęściej kupowany dla noworodków – w naszym przypadku okazał się ubrankiem duuuużo na wyrost, Poszukiwania trzeba było rozpocząć od 50, a najlepiej od 46 lub mniejszych. W końcu Wcześniaczki rodzą się dużo mniejsze – my mieliśmy 40 cm długości. A poza tym – zanim Dziecko będzie mogło założyć swoje ubranka, to też kwestia czasu, czasem kilku tygodni. Przeglądanie opinii, porównywanie – jeżeli robiłaś to od początku i wybrałaś wcześniej – gratulacje! Jeśli jednak, tak jak ja – zostawiłaś to na „później” – to „później” już nie nastąpi. W końcu wybierasz to, co jest akurat „pod ręką” i w granicach rozsądku jeśli chodzi o finanse.

*Koleżanki z podobnego terminu rozwiązania dyskutują o przeżyciach, nowych wydarzeniach, ubrankach; ile dziecko zjadło, czy zrobiło „kupkę”. A Ty w myślach przypominasz sobie, jak nazywają się te wszystkie kabelki i urządzenia podłączone do Dziecka. Rozróżniasz, czym jest żywienie enteralne, wkłucie centralne. Z myślach notujesz nazwy kolejnych antybiotyków, chorób i powikłań. Nieobce Ci są takie terminy jak wylew, retinopatia, hipotrofia, martwicze zapalenie jelit, bezdechy, I zastanawiasz się, czy któreś z tych i wielu innych nazw będą Was dotyczyć…

*A wizyty u lekarzy to będzie Twój chleb powszedni. Neonatolog, laryngolog (lub audiolog), okulista, ortopeda i kardiolog plus pediatra raz w miesiącu to absolutne minimum na pierwszy rok życia dziecka. Przy dobrych wiatrach. W razie komplikacji dochodzi neurolog, neurologopeda, fizjoterapeuta, rehabilitacje. I częstsze wizyty kontrolne. Lista oczywiście może się rozciągnąć, w zależności od sytuacji i stanu zdrowia. Tego też nie było w planach.

*Tyle się obecnie mówi, że nie ma diety matki karmiącej. Ale wiesz, – mnie neonatolodzy w dwóch placówkach powiedzieli, że przy Wcześniakach sprawa wygląda inaczej. I jeśli chcę dostarczać swoje mleko, to zaostrzenia są dość duże. Zero rzeczy wzdymających, smażonych, ciężkich. Unikać nabiału w dużych ilościach. Nic z rzeczy alergizujących. Żadnych surowych owoców i warzyw, tylko gotowane. I to też nie wszystkie. Zostałam poinformowana, że jeśli zjem coś nieodpowiedniego, to od razu się to odbije na Dziecku w inkubatorze. Dla mnie w tej materii to lekarze, a nie Internet są autorytetem, tak więc przez prawie dwa miesiące głównym źródłem pożywienia były rzeczy na parowarze lub patelni grillowej, z przystawki głównie marchew (gotowana lub delikatnie zasmażana), od święta buraki lub szpinak. Z owoców tylko jabłko na parze lub z piekarnika. Czy lekarki miały rację co do diety i takich obostrzeń? Nie wiem, aczkolwiek nie chciałam eksperymentować na swoim dziecku.

Rzeczywistość przy Wcześniakach wygląda trochę inaczej niż „standardowe” macierzyństwo. A już na pewno całkiem inaczej niż to zaplanowane, wyobrażane sobie podczas (przykrótkiej) ciąży. Pamiętajmy także, że kobieta i mężczyzna w takiej sytuacji również przedwcześnie zostają Rodzicami. Często jeszcze psychicznie na to nieprzygotowanymi.