Kategoria: Rozważania

Jestem matką, ale też kobietą.

Ostatnio głośno się zrobiło o Mai Bohosiewicz, która została skrytykowana przez znaną p. psycholog za weekendowy wyjazd z partnerem i pozostawienie bodajże z babcią dwójki dzieci: rocznego syna oraz miesięcznej córeczki. Tak samo jak w przypadku Ani Lewandowskiej, tak również na tę celebrytkę spłynęła fala hejtu i obraźliwe komentarze. 

Czy my, kobiety, naprawdę musimy być dla siebie tak podłe i okrutne w ocenie zachowania? Czy w ogole musimy siebie wzajemnie i swoje postępowanie oceniać, krytykować? Każda z nas robi tak, jak uważa za słuszne i jeżeli tylko nikomu nie dzieje się przy tym krzywda, mamy do tego pełne prawo. 

Ja Wam powiem tak: Mai Bohosiewicz należał się ten wyjazd z partnerem. Tak samo Annie Lewandowskiej wyjścia na mecz męża, by go wspierać. I każdej z nas, jezeli tylko CZUJE TAKĄ POTRZEBĘ, a ma taką możliwość, należy się chwila tylko dla siebie oraz chwile we dwoje i warto z takiej możliwości skorzystać. Zostając matkami NIE PRZESTAŁYŚMY  w tym samym momencie być żonami i kobietami. To, że dalej chcemy raz na jakiś czas spotkać się ze znajomymi, pójść na imprezę, zadbać o siebie u kosmetyczki czy na siłowni nie oznacza, że jestesmy wyrodnymi matkami (jeśli tylko w tym czasie dziecko ma zapewnioną odpowiednią! opiekę). Powiem więcej, warto dalej dbać o siebie i się realizować z minimum dwóch powodów:

– szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Jeśli zamkniemy się w domu bez żadnych zewnętrznych kontaktów, całe dnie spędzimy w piżamie lub poplamionych dresach, a stan naszej cery i włosów będzie opłakany to istnieje ryzyko, że prędzej czy później dopadnie nas depresja. Któregoś dnia spojrzymy w lustro i nabawimy się ogromnych kompleksów, których pozbycie się bedzie nie lada wyzwaniem. Jest też ryzyko, że nasze zaniedbanie odbije się na związku z partnerem, a stad blisko do kłopotów. 

– po drugie: jeżeli przestaniemy dbać o siebie i realizować się choć w jednej dziedzinie, zajmować się swoim hobby, to w całości poświęcimy sie wychowaniu dziecka. I może to być dla nas zgubne w tym kontekście, że staniemy się zbyt opiekuńcze, zbyt zaborcze i chcące uczestniczyć w życiu potomka. Zaczniemy żyć tym życiem. A co w momencie, gdy bedzie czas powrotu do pracy, a nasze dziecko zacznie sie usamodzielniać? Bardzo trudno będzie się odnaleźć w takiej rzeczywistości, kiedy wszystkie kontakty zostały ucięte, a nasze zainteresowania zakończyły sie na nowych dziecięcych ubrankach i pieluchach. 

Dajmy sobie czasem chwilę oddechu, zróbmy coś dla siebie, uśmiechnijmy sie do swojego odbicia w lustrze. Wyjdźmy czasem z koleżanką na kawę lub wygospodarujmy pół godziny wieczorem, by poddać sie zabiegom kosmetycznym. Da radę wszystko zorganizować bez zaniedbania potomstwa, a my (i nasze drugie połówki) sobie podziękujemy. Szczęśliwa i zadbana matka, żona i kobieta to szczęśliwe dziecko!

Czego o macierzyństwie nikt mi nie powiedział

 

Macierzyństwo to wspaniały czas, o którym wiele, żeby nie powiedzieć: większość kobiet marzy. Ciąża, wybieranie ubranek, urządzanie pokoiku dziecięcego, aż w końcu opieka nad cudownym, wyczekanym maleństwem. W teorii ze wszystkich, a przynajmniej ze zdecydowanej większości wad oraz zalet tego czasu ciążowo – macierzyńskiego zdajemy sobie sprawę. A jak jest w praktyce? Mnie kilka rzeczy na pewno wprawiło w hmmm.. zdziwienie? Rozczarowanie? Refleksje że „tego nie było w scenariuszu”?

1. Zajście w ciążę. Zasadniczo „jak to się robi”, jeżeli chodzi o kwestie techniczne,  wszyscy wiemy. Natomiast nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czasem nie wystarczy „zadziałać” podczas jednego cyklu, aby zobaczyć upragnione dwie kreski na teście ciążowym. Dopóki starania o dziecko są w fazie planowania bądź jeszcze bardziej odległej to wszystko to wydaje się nieskomplikowane. A okazuje się, że coraz więcej par ma problemy z tym, aby zajść w ciążę i doczekać się swojego wyczekanego Dziedzica. Nie każdej parze udaje się przy pierwszym, drugim cyklu; czasem są to długie miesiące przechodzące w lata. Nadchodzi frustracja, robienie wszystkiego pod „kalendarzyk”, coraz więcej nerwów, aż w końcu zniechęcenie i mnóstwo pytań pozostawionych bez odpowiedzi. A niepłodność i bezpłodność to w naszym kraju wciąż (mimo coraz większej wiedzy) temat tabu. Dodatkowo życzliwe i dociekliwe towarzystwo prawie na każdym kroku zasypuje pytaniami o dziecko, czy się staracie, a kiedy u Was…

2. Czas ciąży i dolegliwości ciążowe. Jak tylko zaczęliśmy z Małżem planować potomstwo, wszędzie sięgałam po informacje związane z tym okresem i stanem. Teoretycznie byłam świadoma, że mogę doświadczyć mdłości, mieć rożne zachcianki, być senna, a moje ciało całkowicie się zmieni. Chyba jednak żadna kobieta w praktyce nie jest do końca przygotowana na spędzenie pierwszych trzech, czterech miesięcy w toalecie. Nie wyobraża sobie, że można mieć takie mdłości po zjedzeniu swojego ulubionego posiłku. Ba – czasem wystarczy sam ZAPACH, by w tempie sprintera pognać do toalety. A już będąc w tym temacie: mniej więcej po półmetku ciąży gdziekolwiek będziesz wychodziła, zapoznaj się z planem miejsca, w którym jesteś: to rzeczywiście nie są żarty, że łazienka w centrum handlowym przyda się wielokrotnie. Podczas jednej wizyty na zakupach! Dodatkowo, mimo wiedzy na ten temat, zaskoczeniem oraz przerażeniem były dla mnie pierwsze rozstępy. Oraz fakt, że nie każda kobieta w ciąży wygląda kwitnąco, a nadprogramowe kilogramy niekoniecznie idą tylko w słodki ciążowy brzuszek. U mnie niestety sprawa wyglądała zdecydowanie inaczej, z powodu problemów zdrowotnych i nadciśnienia oraz zatrzymania wody w organizmie cała „spuchłam” i mimo braku obżerania się i typowych zachcianek dodatkowe 17 kg mocno dało się zauważyć. Wszędzie. Do atrakcyjnej kobiety w ciąży było baaardzo daleko i z tego powodu nie mam żadnego zdjęcia z tego okresu… A o tym nikt nie mówi głośno!

3. Głośno nie mówi się także o tym, że zarówno w ciąży, jak i przy porodzie nie wszystko musi pójść gładko, bezproblemowo i bez komplikacji. Na to się chyba nie da przygotować. Począwszy od samoistnych poronień, problemów z ciśnieniem, cukrzycą czy utrzymaniem ciąży, chorobami płodu, skończywszy na przedwczesnym porodzie i komplikacjach. To również są rzeczy, które u nas są tematem przemilczanym. Na szczęście medycyna tak się  rozwinęła, że z wieloma tego typu problemami (jeśli tylko są odpowiednio wcześnie wykryte) potrafi sobie poradzić. W końcu to chyba neonatologia najbardziej się rozwinęła na przestrzeni ostatnich lat, jeżeli chodzi o nauki medyczne.

4. Połóg. Magiczne 6 tygodni po porodzie, podczas których kobieta i jej ciało „dochodzi” do siebie i do formy sprzed lat. Taaaa, dobre sobie. Dla mnie jako pierworódki ten czas był owiany tajemnicą. I jak przyszło co do czego to nawet nie było siły na rozczarowanie i zaskoczenie. Było ogromne zmęczenie, ból i niemoc. Niemoc pójścia do toalety, wzięcia prysznica czy umycia głowy. A także niemoc psychiczna i mnóstwo wątpliwości czy sobie damy radę, czy sie sprosta temu trudnemu zadaniu opieki i wychowania dziecka. W tym czasie też często dochodzi do baby blues lub depresji poporodowej. Ogromne zmęczenie fizyczne i psychiczne plus całodobowe przebywanie na wysokich obrotach przy noworodku, a do tego brak możliwości regeneracji to spore obciążenie na raz. Niesamowite jest jednak to, że kobieta w tym czasie ma zdecydowanie więcej sił niż jej by się mogło wydawać. I mimo tych wszystkich niedogodności fizycznych i psychicznych jest w stanie ciągłej mobilizacji i jak musi, to wykaże mnóstwo energii.

5. Kupa, kupa i jeszcze raz kupa. Za przeproszeniem ten „gówniany” temat rozmów to rzeczywiście i bez wyolbrzymiania główne zmartwienie rodziców w pierwszych tygodniach po porodzie. Czy była? Jaka była? Czy taka być powinna? Konsystencja, kolor, obecność lub brak zawartości pampersa spędzą sen z powiek chyba każdej parze  I nie będzie Wam przeszkadzało, czy obecnie jecie czy robicie jakiekolwiek inne czynności, rozmowy te będą traktowane tak samo jak pytanie „co na obiad”.

6. Dopiero ciąża i macierzyństwo pokazują, jak wiele wokół Was jest życzliwych ludzi zawsze służących radą i chętnych do podzielenia się wiedzą. Kilkakrotnie w ciągu tygodnia usłyszysz mnóstwo porad i wskazówek, jak przeżyć te magiczne dziewięć miesięcy: co możesz jeść, robić, jak się zachowywać, czego powinnaś unikać lub wręcz nie możesz robić. Nagle wiele osób w trakcie wspólnego posiłku zwraca uwagę na to, co TY aktualne jesz i możesz być pewna, ze nie obejdzie się bez komentarzy (a czy nie za ostre, nie za dużo, nie za mało, to chyba niezdrowe, tego nie powinnaś) albo przypuszczeń, „na co to wróży” (kwaśne, to może dziewczynka, słodkie – czyżby chłopiec? Masz zgagę: będzie miało mnóstwo włosów). W ciągu pierwszego trymestru poznasz wszystkie możliwe przesądy, a potem usłyszysz mnóstwo rad dotyczących samej ciąży, a potem opieki, wychowania, urządzania pokoju : kiedy, jak, o czym musisz pamiętać. Niestety usłyszysz również mnóstwo historii z samego porodu, także tych niezbyt optymistycznie nastrajających. Taki urok ciąży 🙂

7. Nikt o tym nie mówi, a jeśli nawet już, to samemu trzeba tego doświadczyć, że macierzyństwo jest przepełnione mnóstwem skrajnych emocji. Chyba żaden związek nie da tyle tak intensywnych wrażeń i doświadczeń emocjonalnych. Dopóki sama nie zostałam matką, nie przypuszczałam, ze człowiek jest w stanie obdarzyć kogoś, zwłaszcza tak małe stworzenie, tak ogromnymi uczuciami i miłością. Że pierwszy krzyk, zwłaszcza przy komplikacjach spowoduje tak silne wzruszenie, ulgę i szczęście, że prawie stracisz przytomność. Że dla tych kilku kilogramów małego człowieczka przewartościujesz swoje życie i będziesz w stanie zrobić wszystko. Że mega ogromne zmęczenie, wyczerpanie, rezygnacja, czasem wręcz chęć ucieczki będą Ci towarzyszyć często, ale będą szybko zażegnane przez jeden uśmiech lub nabycie nowej umiejętności.

A Was co najbardziej zaskoczyło w czasie ciąży lub w samym macierzyństwie?

Matka Polka fejsbukowa

W obecnych czasach większość ludzi (żeby nie powiedzieć: praktycznie wszyscy) ma stały dostęp do Internetu. Tak naprawdę chyba stałe jesteśmy w trybie online: Internet w smartfonie czy na tablecie, które przecież ciągle nosimy przy sobie. Facebook, Instagram, Snapchat, Twitter i kilka innych portali społecznościowych czy aplikacji, o których nawet nie mam zielonego pojęcia. Ja osobiście korzystam tylko z FB i to na nim, a właściwie na zjawisku na Facebooku zaobserwowanym się dzisiaj skoncentruję.

Facebook ma to do siebie, ze oprócz zapraszania mnóstwa znajomych możemy między innymi:

  • dołączać do różnego rodzaju grup zrzeszających ludzi: o podobnych zainteresowaniach, sympatiach, antypatiach, poglądach zbieżnych z naszymi;
  • Obserwować ludzi bardziej lub mniej znanych, tak zwanych celebrytów sławnych dlatego „że są sławni” lub prawdziwe gwiazdy na ich oficjalnych fanpage’ach.
  • czytać wątki, szukać rad lub samemu doradzać na grupach dyskusyjnych dotyczących praktycznie każdego możliwego tematu czy problemu.

Korzystam z trzech powyższych funkcji owego portalu społecznościowego i zauważyłam, zwłaszcza na różnego rodzaju grupach, że wiele kobiet stało się nowym rodzajem kobiet: matką Polką fejsbukową. Po czym rozpoznaję taki typ kobiet – matek?

  • Zaczyna się od komentowania. Szeroko pojętego komentowania wszystkiego. „Bo koleżanka/ sąsiadka/pani przypadkowo mijana na ulicy to: źle ubrała swoje dziecko.. Założyła czapkę, albo jej nie wzięła. Za wcześnie albo za późno zaczęła rozszerzać dietę. Karmi tylko mlekiem modyfikowanych lub za długo przystawia do piersi. Sadza małe dziecko przed telewizorem, a z drugiej strony za długo izoluje dziecko od technologii. Źle, że podaje gotowe słoiczki, ale BLW przecież nie jest bezpieczne! Zostawiła noworodka z babcia, a sama wyszła do koleżanki. Zaglądamy do wózka, do jadalni, salonu, książeczki szczepień innych. Obgadujemy inne mamy na forach czy grupach internetowych, nadajemy sobie prawo do komentowania, a wręcz krytykowania innych.
  • Radzimy, uważając się za znawczynie każdego możliwego tematu. Wystarczy, że jedna osoba zada pytanie dotyczące wychowania bądź opieki nad dzieckiem, a zaraz znajdzie sie mnóstwo rad. Dobrych, złych, ale też komentarzy że jak można tego nie wiedzieć. Ostatnio często też pojawiają sie niestety „gównoburze”, gdzie na zwykłe pytanie inni odpowiadają ironicznie lub aż szukając okazji do wywołania potyczek słownych. „Co z ciebie za matka, że tak robisz?!” „Przecież to chore!”
  • Zazdrościmy, oceniamy. Tutaj poruszę temat popularnej ostatnio pani Anny Lewandowskiej. Przynajmniej raz dziennie na portalach informacyjnych lub w grupach dyskusyjnych na FB natrafiam na wzmiankę o Annie Lewandowskiej: że ma wózek w cenie niezłej kawalerki, że była na meczu męża (A kto został z dzieckiem? To nie karmi piersią?), że przez jej zdjęcia miesiąc po porodzie kobiety wpadają w depresję, że źle nosi Klarę w nosidle, że pojechała na wczasy.

A ja sobie myślę tak: może zajmijmy się swoimi dziećmi w swoich wózkach, nosidłach czy chustach. Dowiadujmy się, czytajmy, pytajmy i radźmy, ale Z ŻYCZLIWOŚCIĄ, a nie pogardą i sarkazmem. Nie oceniajmy, nie krytykujmy. Każda z nas stara się być jak najlepszą matką i jeżeli tylko pozwalają jej na to fundusze i możliwości, chce dziecku dać to, co najlepsze, podążając jednocześnie za trendami. Z drugiej jednak strony, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, wiele rzeczy robimy intuicyjnie nie posiadając monopolu na wiedzę i (co NORMALNE!) popełniamy błędy. Każda z nas popełni nie jeden, nie dwa, a mnóstwo błędów.  Każda z nas, mimo ogromu miłości do dziecka oraz zaangażowania pragnie, ale przede wszystkim POTRZEBUJE chwili oddechu w samotności lub tylko z mężem. I potrzebuje oraz powinna zadbać o siebie, by móc z radością realizować się jako matka i żona.

Nie oceniajmy, nie krytykujmy i nie oczerniamy innych matek. Żadna z nas nie jest idealna, a my nie siedzimy w skórze drugiej kobiety żeby poznać motywy jej postępowania, model wychowania czy stan psychiczny, w jakim się znajduje, jak również wiedzę, jaka posiada i jaką przekazuje najbliższe środowisko (a z tym bywa baaaardzo różnie). Nie uważajmy się za wszechwiedzące tylko dlatego, że w Internecie piszą to czy tamto. Posiadanie dziecka również nie czyni nas od razu ekspertkami od wychowania i opieki. Więc zanim coś do kogoś lub o kimś powiemy to warto zastanowić się, jak my byśmy na taką opinię o sobie zareagowały. A czasem najlepiej po prostu skoncentrować się swoim wózku, by SOBIE nie mieć nic do zarzucenia.

Nie noś – przyzwyczaisz!

– „Nie noś, bo przyzwyczaisz!”

– „Usypiasz na rękach?!”

– „Nie reaguj od razu na płacz, dziecko musi popłakać.”

– „Zostaw, niech samo poleży (zajmie się sobą)”

To tylko przykłady złotych „porad”, z którymi jako młoda mama miałam okazję się spotkać. Wiele osób zwracało mi uwagę, że za często noszę Juniora na rękach (bo przyzwyczaję i nic nie będę mogła zrobić w domu), że gdy tylko usłyszę Jego płacz czy kwilenie – rzucam wszystko i reaguję sprawdzając, co się dzieje; że nie lubię, gdy sam leży w łóżeczku/na łóżku tylko staram się zagadać lub zająć zabawkami, książkami lub innymi gadżetami. Każdy argumentował to tym, że dziecko się przyzwyczai, musi popłakać, samo sobie poleżeć w łóżeczku i tam też powinno spać, a i oczywiście częste noszenie spowoduje, że będę musiała ciągle nosić Małego. A ja pokornie słuchałam rad, czasem odpowiedziałam milczącym uśmiechem, czasem jakąś krótką ripostą. A i tak swoje wiem.

* Noszę swoje dziecko często. Nie tylko do odbicia i wtedy, gdy płacze. Także wtedy, gdy mam na to ochotę (a zdarza się to często!). Czemu to robię? Z wielu powodów – przede wszystkim dlatego, że mnie (!) sprawia to przyjemność i pogłębia matczyną więź. Chcę, aby moje dziecko wiedziało, że jest dla mnie ważne, kochane przeze mnie i by było blisko. Mój „egzemplarz”, kiedy jest znudzony noszeniem lub ma dość, dobitnie o tym poinformuje 🙂 A dziecko tego potrzebuje – w końcu z wyższej perspektywy świat wygląda lepiej, a poza tym ten mały człowiek również potrzebuje czułości i bliskości. W myślach jeszcze sobie powtarzam: że jak nie teraz nosić to kiedy? Niepostrzeżenie przyjdzie czas, kiedy dziecko powie „Mamo, nie rób mi wstydu” „Sam pójdę” „Nie całuj mnie przy znajomych”. Ten czas, kiedy bezstresowo mogę okazywać czułość i bliskość nie będzie trwał wiecznie i chcę z niego maksymalnie skorzystać teraz!

* Na płacz mojego dziecko reaguję natychmiastowo! Przede wszystkim z tego powodu, że moje dziecko nie płacze często, a jak już to robi to zasadniczo ma ku temu powody. Płacz dla niemowląt jest jedynym sposobem, aby zakomunikować rodzicom i całemu światu, że jest mu źle, coś niedobrego się dzieje lub że czuje się samotnie. A ja i tata jako opiekunowie jesteśmy pierwszymi osobami, które powinny na to wołanie o pomoc zareagować. Kiedy jesteś smutny. coś Cię boli lub gdy Twoje potrzeby są niezaspokojone i jesteś nieszczęśliwy – oczekujesz wsparcia od najbliższych. Czemu zatem tego wsparcia mam pozbawiać najbliższej mi osoby, która dodatkowo nie powie, co się dzieje? Naukowcy odkryli, że długotrwały płacz dziecka może bardzo negatywnie wpłynąć na jego rozwój mózgu. Począwszy od braku nawiązania więzi rodzic-dziecko (jak można nawiązać więź z kimś, kto mnie ignoruje, gdy wołam o pomoc?) poprzez zaburzenia w rozwoju intelektualnym i społecznym. Ciągły płacz = wzrost poziomu kortyzolu = zmiany w strukturze mózgu (zablokowanie możliwości tworzenia się połączeń między neuronami; zaburzenia rytmu serca; wzrost ciśnienia krwi w mózgu; zaburzenia snu). Dodatkowo dzieci pozostawione „do wypłakania” mogą mieć niższy poziom inteligencji, narażone są na ADHD oraz choroby serca, astmę i dolegliwości układu pokarmowego. Nie wspominając także o problemach społecznych z nawiązywaniem kontaktów czy niską samooceną.* Czy to wystarczające powody, aby od razu reagować na płacz mojego dziecka?

*Syna usypiamy na rękach, a śpi w naszym pokoju (ale w swoim łóżeczku). Po pierwsze, ostatnio z usypianiem mamy problem i noszenie oraz kołysanie to jedyna praktycznie metoda na przyjście snu Juniora. Czasem nie powiem, jest to uciążliwe i męczące. Ale czy zostawiliśmy go kiedyś, by usnął sam? – odpowiedź brzmi nie. Uzasadnienie jest napisane wyżej. Dwa: ostatnio znalazłam ciekawy tekst, publikowany zresztą na moim fanpage’u, który dobrze odzwierciedla moje podejście do tematu:

Jesteś w ciemnym pokoju. Boisz się, jak w horrorze. Wiesz, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Wołasz go. Nie reaguje. Wołasz jeszcze raz, brak reakcji. Boisz się jeszcze bardziej. Wołasz o pomoc. Nikt nie przychodzi. Wołasz bardzo długo. W końcu ktoś Cię przytula, ale znowu zostajesz sam. Boisz się jeszcze bardziej. Znowu wołasz o pomoc. Wydaje Ci się, że to trwa wieczność.

Co robisz dalej? Jak się czujesz?
Pewnie usłyszycie milion logicznych odpowiedzi.
A rozwiązaniem jest „zasypiasz”….

Taką zagadkę możecie zadać kolejnej osobie która opowie wam o wypłakiwaniu.
O wypłakiwaniu dziecka przed snem…”

Autor MARIA DUDA

* Staram się zająć moje dziecko bardzo często – czy to zabawkami, książeczkami, rozmową czy śpiewem. A nawet, jak się bawi sam – co jakiś czas podchodzę i zagaduję. Przede wszystkim staram się dbać o jego rozwój intelektualny i rozwojowy. Jako, że jest wcześniakiem staram się stymulować jego rozwój poprzez różnego rodzaju bodźce (starając się oczywiście przy tym zachować zdrowy rozsądek!). Poza tym zabawa z dzieckiem mnie także sprawia dużo radości, dzięki której staram się budować wspólną więź, nawiązywać kontakt i dać do zrozumienia już od teraz, że jestem do dyspozycji dziecka. Robię to również z tego powodu, by nikt (ale również ja sama czy w przyszłości moje własne prywatne dziecko) nie zarzucił mi, że w jakiejkolwiek sferze zaniedbałam jego rozwój, zignorowałam potrzeby lub negatywnie wpłynęłam na naukę. Chcę mieć przeświadczenie, iż zrobiłam to, co najlepsze dla harmonijnego i zdrowego dojrzewania poznawczego, rozwojowego i intelektualnego. Że w żadnym momencie nie „odpuściłam”, nie zignorowałam potrzeb tego małego człowieka.

__________

* informacje zaczerpnięte z http://dziecisawazne.pl/dlugotrwaly-placz/

Karmienie piersią inaczej

Przez dziewięć miesięcy (przy optymalnym scenariuszu) nosisz pod sercem swoje ukochane dziecię borykając się z większymi lub mniejszymi dolegliwościami ciążowymi. Planujesz wszystko: wystrój pokoju, ustawienie mebli, całą wyprawkę niemowlęcą oraz oczywiście sposób karmienia potomka. Znajdujesz się w szpitalu na porodówce, by po wszystkim przynieśli Ci Twoje małe szczęście, kontakt „skóra do skóry” i pierwsze dostawienie. Mały „zassał”, złapał pierś – super: wie, o co chodzi – teraz już wszystko pójdzie z górki – wrócisz do domu i zacznie się istna, wymarzona sielanka. Chwila, moment – a co w sytuacji, kiedy dziecię nie ma możliwości (bądź umiejętności) złapania piersi (bo jest wcześniakiem/ musi być naświetlany przez żółtaczkę /pojawiły się powikłania poporodowe /Twoje brodawki są za duże/zbyt wklęsłe/nieodpowiednie, /trafił Ci się mały „leniuszek”, który nie ma siły się pożywić)  i żadne próby dostawiania wszystkimi możliwymi pozycjami, pomoc położnych lub/i CDL (Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego) nie skutkują, bądź z różnych, znanych tylko Tobie przyczyn nie chcesz dostawienia dziecka? Z tej trudnej, wręcz wprawiającej w depresję świeżo upieczoną Mamę sytuacji jest kilka rozwiązań.

  • próbujesz, próbujesz, i jeszcze raz próbujesz. Kolejne spotkania z CDL. I jeszcze jedno. Kapturki, najpierw jednej firmy, potem drugiej. Dostawiasz kolejny raz z rzędu. Najpierw zwyczajnie, potem w innej pozycji. I jeszcze raz. Dziecko płacze, Ty razem z nim. I próbujesz po raz kolejny… Pomoc osób wykwalifikowanych nie pomaga, ewentualnie nie otrzymujesz wystarczających porad od położnej/ doradcy laktacyjnego/ pediatry. Maluch nie chce, nie potrafi załapać. Próbujesz ponownie… i wpadasz w coraz większą depresję.
  • podajesz mleko modyfikowane. Nie masz siły walczyć. Siły, chęci, motywacji – Twój wybór. Ale mimo wszystko gdzieś w środku czujesz, że przegrałaś, że coś Ci zabrano. W końcu to niby takie oczywiste i naturalne – karmienie piersią. Zwłaszcza, że teraz chyba nastał swoistego rodzaju terror laktacyjny „Nie karmisz – jesteś złą matką!” Wiele osób wręcz piętnuje matki, które nie mogą (lub nie chcą) karmić piersią i decydują się na podanie mm. Wszyscy potrafią wymienić zalety karmienia piersią i tak wiele wad karmienia butelką i mlekiem modyfikowanym.
  • Ostatnim rozwiązaniem jest, coraz bardziej rozpowszechnione ostatnio – karmienie piersią inaczej. Nie chcesz podawać mleka modyfikowanego, ale dziecko nie potrafi samo się pożywić z Twoich piersi.

Karmienie piersią inaczej (w skrócie KPI) to nic innego, jak karmienie swojego prywatnego dziecka własnym odciągniętym mlekiem (lub mlekiem innej kobiety) za pomocą butelki (lub strzykawki, lub kubeczka, lub SNS). W każdym razie maluch dostaje Twoje mleko, czyli to, co możesz mu dać najlepsze! Brzmi ciekawie? Jako, że sama stałam się mamą KPI (już piąty miesiąc!), powiem Ci teraz, o co w tym wszystkim chodzi.

Zasadniczo sprawa wygląda tak, że kiedy już zdecydowałaś się na alternatywne karmienie piersią, to Twoim najlepszym przyjacielem (jak również największym wrogiem) staje się laktator. Ręczny, elektryczny, pojedynczy lub podwójny – tutaj panuje duża dowolność i wybór na rynku. Niestety do swojego przyjaciela jesteś uwiązana. I to dosłownie.

Niestety nie jest to prosta sprawa. Ja co prawda znalazłam się w takiej sytuacji, że przez pierwsze dwa miesiące Junior był w szpitalu, ja nad laktacją walczyłam w domu (lub w szpitalu odciągałam) i dowoziłam pokarm. Po wypisie ze szpitala dopiero zaczęła się „jazda bez trzymanki”. Aby laktacja właściwie się „rozhulała” by mleka starczyło w późniejszym etapie dorastania Juniora, powinnaś zająć się odciąganiem mleka minimum (!) 8 razy na dobę w odstępach co 3 godziny. W sumie to samo, co byś karmiła piersią, w końcu dziecko tak często (albo częściej) na początku je. I tak – w nocy też trzeba się poświęcić i wstać na zabawę z laktatorem. Najlepiej ok. 15 minut na jedną stronę. Czyli pół godziny na sesję. Plus wymycie butelki i laktatora. W międzyczasie nie zapomnij, że Twoje dziecko trzeba przewinąć i nakarmić. Dobrze by było się jeszcze zdrzemnąć w międzyczasie. I chwilę odpocząć! 🙂

Zaplanowanie dłuższego wyjścia na spacer, zakupy, do znajomych czy rodziny, a nawet zaplanowane wizyty gościnne u Ciebie kończą się na myśleniu „Czy zdążę z odciągnięciem?”. I wiele mam KPI wszędzie na dłuższe wypady z domu zabiera ze sobą laktator. A podróż z całym sprzętem i ogarnięcie tego logistycznie nie zawsze jest wygodne. Wiadomo, jak raz zdarzy się dłuższa przerwa – nic nie powinno się stać. U niektórych mam niestety nawet jedno, dwa przesunięcia kończą się na walce przez kolejne dni, by poziom laktacji powrócił do odpowiedniego poziomu. Bo niestety zmniejszenie ilości odciągnięć powodu zmniejszenie mleka, a w rezultacie nawet koniec laktacji… A obsługę laktatora opanowałaś do perfekcji także w różnych dziwnych miejscach i pozycjach (między innymi w samochodzie:) )

Są oczywiście plusy takiego rozwiązania. Przede wszystkim:

  • dajesz dziecku swoje mleko czyli to, co jest dla niego najbardziej potrzebne zwłaszcza na początku rozwoju. Znaczenie zdrowotne i rozwojowe mleka kobiecego jest naukowo udowodnione >>klik<<. Zwłaszcza, kiedy mamy obecnie laktacyjny terror z wielu stron czujesz, że robisz coś ważnego dla siebie i swojego maleństwa,
  • możesz kontrolować przyjmowane przez swoje dziecko porcje mleka (co jest szczególnie ważne przy wcześniakach i hipotrofii). Kiedy dziecko nie przybiera, też istotne jest monitorowanie, ile dziecko zjada.
  • w przypadku, gdy chcesz gdzieś wyjść na dłużej /sama bez dziecka, nie martwisz się o to, czy i co dziecko zje – tata, Twoja mama/ teściowa lub ktokolwiek inny z rodziny dostanie od Ciebie butlę z mlekiem, a Ty możesz udać się zarówno na krótkie zakupy, jak i na dłuższą wyprawę poza dom. Wygodne i bezstresowe 🙂

I chyba na tym zalety karmienia piersią inaczej się kończą. A wady?

  • wybór alternatywnego karmienia dziecka nie jest rozwiązaniem tanim. Trzeba zainwestować w dobry laktator – ręczny raczej odpada na dłuższą metę. Przede wszystkim ze względu na czas i siły (choć oczywiście są kobiety, które na ręcznych laktatorach „ciągną” miesiącami – podziwiam!!). A dobry, cichy i optymalnie podwójny laktator to wydatek sięgający kilkuset złotych. Oczywiście jest to inwestycja, która w dużej mierze ułatwi nam późniejsze funkcjonowanie w drodze przez KPI (cisza i zaoszczędzony czas są dość dużym i cennym komfortem). Dodatkowo kupno i wymiana butelek oraz części do laktatora, które też się zużywają. Plus mycie po każdym użyciu, prąd podczas odciągania (jeżeli mówimy o laktatorze elektrycznym). Jeżeli chcemy postawić na jeszcze większą wygodę, dochodzi gorset do ściągania pokarmu (aby mieć wolne ręce). I dodatkowe koszty generowane.
  • przy KPI jest większa możliwość kryzysów laktacyjnych oraz zastojów. Laktator nie jest naszym prywatnym i ukochanym ssakiem, który opróżni pierś do końca, co powodować może zastój i/lub zapalenie piersi. A kryzysy laktacyjne? Zapotrzebowanie potomka na pokarm jest różne – raz zjada więcej, raz mniej w zależności od dnia czy skoku rozwojowego. A laktatorem nie jest tak prosto unormować laktację oraz zwiększyć ilość mleka. A co w momencie, kiedy dziecko nagle, z dnia na dzień, zaczyna domagać się więcej i więcej, a nam pokarmu nie chce przybyć? Wtedy zaczyna się ogromna i zarazem stresująca walka o każdą kroplę mleka, suplementacja różnymi środkami ziołowymi bądź farmakologicznymi, dodatkowe sesje z „przyjacielem” laktatorem, jeszcze więcej czasu na sesje. I presja połączona ze stresem, czy tego wszystkiego wystarczy na kolejne karmienie.
  • kolejną wadą jest czas. A właściwie brak czasu. Na cokolwiek innego. Całe swoje funkcjonowanie podporządkowujesz sesjom z laktatorem. Jeżeli chcesz na dobrym poziomie utrzymać laktację, to powinnaś systematycznie co ok. 3 godziny odciągać pokarm. I nie ma to tamto. Rzucasz sprzątanie, gotowanie obiadu, wyjście na spacer czy sen na rzecz randki z laktatorem. I półgodzinna sesja podczas, gdy normalnie mogłabyś podszykować posiłek, pobawić się z dzieckiem lub udać się na upragnioną drzemkę. To samo dzieje się w nocy – zamiast smacznie spać obok dziecka/męża/narzeczonego/chłopaka co trzy – maksymalnie cztery godziny słyszysz dźwięk budzika i udajesz się do pokoju obok, by zapełnić butelki. I walczysz o każdą kroplę, nieraz ze łzami w oczach i rezygnacją. Dodatkowo kolejne minuty na umycie, wysuszenie i schowanie sprzętu. Mnie KPI dziennie zajmuje ok. 4 godzin. 4 godziny wyjęte z doby, które chciałabyś przeznaczyć na całkiem co innego. A Ty jesteś uwiązana do sprzętu laktacyjnego. A każde dalsze wyjście lub wyjazd jest związane z zabieraniem ze sobą całego sprzętu i szukaniu sposobności na odciąganie. Lub ze stresem, że będziesz miała poślizg o kolejne minuty/ godziny.
  • największymi wadami karmienia piersią inaczej są ciągłe wyrzuty sumienia. O brak czasu – dla dziecka, swojej drugiej połówki, dla siebie. O to, że nie realizujesz się jako żona (partnerka) i matka. Bo nie poświęcasz wystarczającej uwagi najważniejszym dla siebie osobom. Nie wyrabiasz się z niczym. O to, że zamiast bawić się ze swoim dzieckiem, starasz się go zająć lub uspokoić, by w miarę bezstresowo móc odciągnąć pokarm, a przy tym zdążyć z resztą obowiązków. Wyrzuty sumienia, że nie udało Ci się karmić „normalnie”. Laktator stał się teoretycznie Twoim „przyjacielem”, ale w praktyce to Twój największy wróg, którego najchętniej kilka razy dziennie masz ochotę trzasnąć o podłogę lub wyrzucić przez okno z poczuciem, że to jemu poświęcasz więcej uwagi niż dziecku. O to, że nie cieszysz się z macierzyństwa w 100%, bo tracisz te cenne i niepowtarzalne chwile, których już się nie da odzyskać. I więź, która przecież budowana jest już od samego początku, a Tobie to wszystko gdzieś umyka pomiędzy kolejnymi odciągnięciami.

Karmienie piersią inaczej to ogromne wyzwanie i wyrzeczenie, jak również bardzo ciężka praca po to, aby dać dziecku to, co najcenniejsze. I chylę nisko czoło przed kobietami, które decydują się na ten krok i trwają w tym miesiącami, a nawet latami. Należą Wam się wielkie brawa i ogromny szacunek!

 

Na podstawie:

  1. http://www.mlekiemmamy.org/plusy-i-minusy-kpi/

 

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

W najbliższym czasie, bo już 15. stycznia rozpocznie się jedna z największych polskich imprez rozrywkowo-medialnych, a mianowicie Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zarówno sama impreza, jak i fundacja oraz jej założyciel są dość kontrowersyjne dla naszego społeczeństwa i wywołują mnóstwo skrajnych emocji. Wśród znajomych znajdziemy zarówno wielu zwolenników, jak i zapewne podobną liczbę przeciwników tych przedsięwzięć. Antagoniści Jurka Owsiaka zarzucają mu zagarnianie zebranych na masowych zbiórkach pieniędzy, wydawanie ich dla swoich prywatnych celów bądź na organizację kolejnej ogromnej imprezy – Woodstocku. Nie podoba się hasło p. Owsiaka „Róbta, co chceta”, które rzekomo nawołuje do rozpusty, hedonizmu i korzystania z życia na całego. Atakowany jest p. Jurek za swoje poglądy, zachowanie oraz działalność.

Powiem Wam tak. Nieważne jest dla mnie, ile z zebranych pieniędzy idzie na administrację i fundację pana Owsiaka (wierzę w informację, iż jest to zaledwie 8% całej kwoty zebranej podczas Finałów >>źródło<<. Nie wierzę, że „róbta, co chceta” ma zachęcić młode osoby do hedonistycznego podejścia do życia i szukania w nim samych uciech, jak sugerują niektóre partie polityczne i osoby z nimi związane. Nie jest istotne, czy Woodstock jest imprezą fundowaną z pieniędzy podarowanych na Finale WOŚP (a wiemy, że nie jest – sponsorzy przekazują darowizny bezpośrednio na ten cel). Warto według mnie pamiętać przede wszystkim o tym, że do puszek oznaczonych czerwonymi serduszkami każda osoba wrzuca DOBROWOLNIE kwotę, jaką uznaje za słuszną. Że wszystkie te pieniądze, które są zebrane na każdym Finale Orkiestry są przeznaczone na cele charytatywne bądź utrzymanie fundacji, której zarządzanie nie jest prostą pracą i wymaga ogromu pracy fizycznej i umysłowej, a niewątpliwie służy szczytnemu celowi. Wystarczy przejrzeć tę stronę, aby uświadomić sobie, jak wiele dobrego p. Owsiak czyni. Jeśli nawet część pieniędzy zostaje „zgarnięta” przez władze fundacji, to kropla w morzu funduszy, które przeznaczone zostały na ratowanie życia innym.

Dla mnie nieważne jest, co się dzieje ze wszystkimi tymi pieniędzmi. Istotne jest to, że inkubator, w którym leżało moje dziecko, miał naklejone czerwone serduszko. I niech politycy toczą między sobą boje, próbują zniechęcać ludzi do p. Owsiaka. Dobro samo się obroni a ci, którzy chcą, i tak będą wrzucać datki do specjalnych puszek.

Co, gdyby nie WOŚP?  >>1<<   >>2<<  

A Wy jakie macie zdanie na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?

 

 

Nie będę idealną matką…

 

Nie jestem i nie będę matką idealną. Wszystko nawet zaczęło się nie tak, jak być powinno, tak nieidealnie. Nie urodziłam naturalnie w terminie. Nie mieliśmy kontaktu „skóra do skóry”. Nie karmię piersią, tylko butelką. Czasem tracę cierpliwość i nie mam siły. Zdarza mi się czuć bezradność, niemoc i zmęczenie. Jak każdy człowiek robię błędy i przyszłość zapewne również będzie nimi usłana w większej lub mniejszej ilości. Czasem widzisz na mojej twarzy niezadowolenie czy grymas mówiący „mam dość”. Skarżę się niekiedy na kolejną nieprzespaną noc lub chroniczny brak czasu na cokolwiek.

Możliwe, że jestem i będę przewrażliwiona czy nadopiekuńcza. Bądź odwrotnie – na niektóre sprawy, które są w pewnym stopniu istotne – przymknę oko. Zapewne zdarzy mi się podnieść głos na dziecko bądź powiedzieć coś, co nie powinno paść z ust matki, a potem z wyrzutami sumienia przeproszę i będę rozpamiętywać przez najbliższe dni. Jest szansa, że zrobię coś wbrew ogólnym zasadom, zaleceniom czy radom (Ministerstwa Zdrowia, lekarzy, rodziny czy znajomych).

Niejednokrotnie zabraknie mi czasu, siły bądź ochoty, aby oddać się wspólnym rozrywkom czy zabawom i udam się wtedy do prostych rozwiązań typu telewizja bądź tablet. Nie wykluczam, że popełnię masę pomyłek wychowawczych i opiekuńczych. Jak również że zdarzy mi się zaniedbać bądź odpuścić w niektórych dziedzinach, obowiązkach domowych.

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem i nie będę rodzicem idealnym. Nie oznacza to jednak, że nie będę najlepszą wersję: siebie, żony i matki. Nie będę idealna, ale będę najlepsza, jaka potrafię. Zawsze będę próbować robić wszystko zgodnie z własnymi przekonaniami i intuicją, by dążyć do ideału.

 Junior

Wyrzuty sumienia

Jestem mamą wcześniaka urodzonego w 31 tygodniu ciąży. Waga 1200g., 40 cm długości. Przyczyny tak naprawdę do końca nie poznaliśmy. Jestem ogromnie wdzięczna losowi/Bogu/przeznaczeniu, że wszystko ułożyło się pozytywnie i póki co obyło się bez większych komplikacji. Ale wiesz co…

Czuję ogromne wyrzuty sumienia, że nie udało mi się wytrwać ostatnich dwóch miesięcy „w dwupaku”. Że nie zapewniłam swojemu Maleństwu bezpiecznych i wystarczających warunków na spokojny i terminowy rozwój. Że musiał przyjść ma świat dwa miesiące wcześniej i już jako taka Kruszyna doznał tyle bólu i cierpienia przez różnego rodzaju aparaturę, zabiegi medyczne, badania. Że nie dano mi szansy porodu naturalnego, nie miałam nawet możliwości spróbowania rodzenia siłami natury. Nie poczułam skurczy. Ani po porodzie nie doświadczyłam kontaktu „skóra do skóry”, nie moglam przytulić, dostawić Dziecka. Ani zaraz po porodzie, ani przez kolejne dni. Nie zapewniłam tego, co najważniejsze: bezpieczeństwa, a zaraz potem troski i bliskości.

Czuję wielki ból z powodu niedoświadczenia „uroków”ostatniego trymestru. Mimo, że związany jest on z wieloma nieprzyjemnymi dolegliwościami, to jest to okres wzmożonych ruchów dziecka, niesamowitej euforii o czasu oczekiwania, psychicznego przygotowania się na powiększenie rodziny. Widząc dziewczyny, kobiety w zaawansowanej ciąży pojawia się pewnego rodzaju zazdrość, ale również smutek, że nie wytrwałam do tego momentu. Nie miałam czasu na spokojne przeglądanie, wybranie i skompletowanie wyprawki, przygotowanie kącika dla Juniora, systematyczne robienie prania i prasowania dziecięcych ubranek. Nie miałam też możliwości spakowania torby do szpitala i zmieniania jej zawartości kilkukrotnie. Nie zdążyłam z sesją ciążową, co było małym skrytym marzeniem.

Odczuwam potworny strach. O to, że przez ten okres hospitalizacji Juniora nasza więź i Jego przywiązanie nie będą tak mocne, jak być powinny. Że po wyjściu ze szpitala nie będę potrafiła zapewnić odpowiedniej troski i bezpieczeństwa, a opieka i codzienna pielęgnacja sprawi mi trudności. Że nawet najdrobniejsze niepowodzenia czy problemy w przyszłości będę rozpatrywała przez pryzmat „może to moja wina…?” Że poczucie winy nie opuści mnie właściwie nigdy. A potencjalna kolejna ciąża będzie przepełnionego strachem i obawami o „powtórkę”. I zamiast radości i szczęścia będzie tylko ten paniczny strach.